niedziela, 24 września 2023

4. FRANK

Do obozu jechali dwa dni. Po drodze dowiedzieli się tylko, że po fali tsunami w Japonii i tutaj wszystko wymknęło się spod kontroli. Martwych zaczęło przybywać. Poza tym nie wiele mówili. Frank stwierdził, że albo sami nie wiele wiedzą, albo mają rozkaz z góry by nic nikomu nie mówić. Zaczął wierzyć, że w cały ten syf mogło być zamieszane właśnie wojsko.

Kiedy dotarli do obozu okazało się, że było tam może z czterdziestu cywili, którzy trafili tu z różnych miejsc w takim sam sposób jak oni. Powiedziano im, że spędzą tu może góra tydzień, kiedy wszystko się uspokoi każdy będzie mógł wrócić do domu. Nie wiedzieli wtedy, że to było największe kłamstwo jakie kiedykolwiek przyszło im usłyszeć...

Obóz był podzielony na trzy sekcje. Pierwsza największa była przeznaczona dla cywili. Drugą zajmowało wojsko, a trzecia najmniejsza była dla poważnie rannych. Do tej ostatniej nie wpuszczano nikogo. Dlatego Frank musiał uspokoić Luisę, która kłóciła się od kilku godzin z żołnierzami, że chce zobaczyć swojego męża. Obiecał jej, że załatwi wizytę.

Przydzielono ich do jednego baraku więc Frank cieszył się, że nie zostali rozdzieleni. Luke z rodziną wydawał się być już nieco spokojniejszy. Lu i Olivia wciąż były poddenerwowane brakiem wieści o Bob'ie. Mia chodziła po obozie i szukała jakiś bliskich. W końcu jako jedyna była miejscowa. Flecher leżał z opatrzoną nogą. Sam chodził po ludziach i próbował się czegoś dowiedzieć, ale podobnie tak jak oni nic nie wiedzieli. Freya zaczynała powoli dochodzić do siebie, a Harry stawał na głowie by czuła się lepiej. Frank uśmiechnął się pod nosem. Chyba przypadli sobie do gustu.

-Pójdę po obiedzie do sierżanta i poproszę go o wizytę z Bob'em. Nie mogą nas tak trzymać w niepewności. -Frank położył dłoń na ramieniu Lu. -Będzie dobrze. Jest pod opieką.

-Co się stało jej mężowi? -Starszy mężczyzna w dłuższych, siwych włosach podszedł do nich ze swojej pryczy. Wyglądem przypominał nieco pustelnika, albo bezdomnego.

-Został ugryziony, a do tego ma problemy z sercem.

-Jest po dwóch zawałach. -Odparła zmartwiona Lu.

-Ugryziony? -Otworzył szeroko oczy.

-Tak. A co? -Frank zaniepokoił się.

-Nie chcę was martwić, ale... Udało mi się tu dotrzeć z miasta z pewnym chłopkiem. On też został ugryziony. Trafiliśmy tu od razu po tym jak doszły nas wieści, że wybrzeże nawiedziło tsunami. W mieście było gorąco. Trupy szalały. Uciekałem sam i spotkałem tego dzieciaka. Zanim znalazło nas wojsko ugryźli go w nogę. Do tej pory nie wrócił i...

-I co dalej?

-Nikt kto był ugryziony nie wraca...

-Boże! -Luisa przystawiła dłoń do ust.

-Spokojnie. Dowiem się wszystkiego.

-Możesz porozmawiać z Glorią jej siostrę też zabrali. Miała tylko ugryzienie na plecach poza tym czuła się dobrze.


Frank wraz z Sam'em postanowili podpytać ludzi. Nikt nic nie wiedział, ale każdy mówił to samo. Ugryzionych zabierano do baraku i już nie wracali. Frank nie należał do osób, które lubiły czekać. A jeśli złożył już jakąś obietnicę to starał się jej dotrzymać.

-Posłuchaj Sam. Chcę zakraść się w nocy do baraku. Potrzebuję pomocy.

-Co mam robić?

-Najlepiej będzie jak zrobicie jakiś hałas. Nie wiem... musicie odwrócić uwagę żołnierzy od przejścia, a ja zakradnę się do baraku. Dasz radę?

-Wymyślę coś z Harry'm.

-Super! Liczę na was.

Wieczór nastał dość szybko. Sam i Harry spacerowali po obozie we dwójkę czekając na odpowiedni moment. Frank nie miał pojęcia co wymyślili, ale czekał za ich barakiem, niedaleko ogrodzenia, gdzie wcześniej wyciął siatkę by móc przecisnąć się przez nią, a potem wrócić niezauważony. Z tego co dowiedział się od Vincent'a większy barak był przeznaczony dla rannych. Przechodziło się przez niego do nieco mniejszego, gdzie zabierano ugryzionych. To tam powinien być Bob.

-Jak to z nią spałeś?! To była moja narzeczona! -Wrzasnął rozwścieczony Harry.

-Wyluzuj! To było dawno! Ona już pewnie nie żyje!

-Jak możesz tak mówić?! -Popchnął go.

-Co ty robisz?!

Zaczęli się szarpać. Żołnierze z posterunków pobiegli w ich stronę. Teraz albo nigdy, Frank. Ruszył w stronę ogrodzenia. Przeszedł przez dziurę. Zatrzymał się za koszem na śmieci i poczekał, aż żołnierz, który pilnował wejścia do namiotu odszedł zainteresowany wrzaskami.

Potem ruszył szybko do baraku. Odchylił kotarę i zobaczył pielęgniarkę, która robiła obchód. Była to młoda dziewczyna, która opatrywała nogę Flecher'a. Wydała się być sympatyczna. Opowiadała mu, że zabrano ją ze szpitala, gdzie wybuchła epidemia tej dziwnej choroby. Była tu sama, nie miała nikogo. Prawdopodobnie jej rodzina nie żyła. Powiedziała, że jeśli będą czegoś potrzebować mogą się do niej zgłosić. Frank wziął głęboki wdech i wszedł do środka.

-Co tu robisz?! Kto cię tu wprowadził? -Spytała zaskoczona. -Zawołam żołnierzy!

-Nie błagam! -Podbiegł do niej. -Proszę nie! Chce tylko dowiedzieć się co z moim przyjacielem!

-Nie wolno ci tu być!

-Błagam! Przyjaciółka bardzo martwi się o męża! Proszę! Daj mi się z nim zobaczyć, a zaraz wracam do baraku!

-Będę mieć przez ciebie kłopoty! -Warknęła rozglądając się. -Dobrze... Który to?

-Bob.

-Bob? -Spytała cicho.

-Tak. Miał problem z sercem i został ugryziony.

-Nie ma go tutaj.

-A gdzie jest?

-On... Przykro mi...

-Co? Co się z nim stało?

-Przykro mi... Bob został... Oni...

-Gdzie jest Bob?!

-Proszę cicho! Nie powinnam wam tego mówić! Nikt nie może wiedzieć! Zabijają każdego ugryzionego!

-CO?!

-Oni... Oni się zarażają i zmieniają w to coś... Dlatego ich zabijają od razu po ugryzieniu, żeby w obozie nie rozprzestrzeniła się choroba!

-To znaczy, że... Bob? On... Nie żyje?

-Bardzo mi przykro.

Frank uklęknął na ziemię.

-Mogę ci jakoś pomóc?

-Co ja jej powiem? Co powiem jego żonie i córce? -Po jego policzkach pociekły łzy. Ukrył twarz w dłoniach.

-Musisz już iść. Nikt nie może cię tu zobaczyć.

-Nie wierzę w to! Nie! -Poderwał się gwałtownie. Odepchnął pielęgniarkę i zaczął biec w stronę wejścia do drugiego baraku. Nie wierzył jej. To musiało być kłamstwo. Nie można było przecież tak po prostu zabijać ludzi. Wpadł do drugiego baraku. Były tam puste łóżka.




Dwa miesiące później.


To Frank postanowił zwołać zebranie. Choć znał w obozie już wszystkich to zgromadził tylko najbliższych. Tych, którym mógł ufać.

Pierwszy w magazynie zjawił się Vincent. Starszy mężczyzna około sześćdziesiątki, który był w dawnym świecie mechanikiem samochodowym. Dziś zajmował się naprawianiem wozów dla żołnierzy i majsterkowaniem w obozie. Wycierał ręce ze smaru, a w ustach miał odpalonego papierosa.

-Jestem pierwszy?

-Tak. Musimy poczekać.

-Co to za zebranie, przyjacielu? -Vincent lubił Franka. Razem pomagali miejscowej ludności, dbali o porządek i starali się dać temu miejscu choćby namiastkę normalności.

-Wszystko w swoim czasie. -Zza jego pleców wyszła Mia.

-Cześć Vins.

-Cześć Mia. -Kiwnął do niej. -Ciężki dzień co? Sporo rannych?

-Tak. Nie udało ich się uratować. -Posmutniała. -Nie powinni byli kręcić się wokół ogrodzenia. To niebezpieczne. Zastrzelili dziś pięciu pogryzionych.

Mia miała praktyki w szpitalu ponieważ brakowało personelu, a obóz znacznie się powiększył.

Drzwi powoli otworzyły się i do środka wcisnęła się Luisa wraz ze swoją dwunastoletnią córką Olivią.

-Zaczęło się? -Zapytała starsza kobieta.

-Nie. Dopiero czekamy na wszystkich.

Drzwi ponownie się otworzyły i do grona dołączył Sam, Harry i Freya.

-Ciężko było się wyrwać o tej godzinie z baraku. -Harry przeczesał ręką swoje rozczochrane włosy. -Ale jesteśmy!

Potem przychodzi Flecher, Anna jej mąż Owen i niemowlak Zoe.

Zaraz za nimi zjawiła się Jane ze swoim mężem Luke'em.

-Posłuchajcie Mia ma wam coś do powiedzenia.

-Kiedy zabierałam wczoraj leki z magazynu posłyszałam rozmowę żołnierzy. Nie jest dobrze. Dostali rozkaz wymordowania nas i udania się do większego miasta, gdzie mają wojskowe obozy tylko dla wybranych.

-Nie mogą przecież wymordować wszystkich cywili! -Oburzyła się Anna.

-Mogą i prawdopodobnie to zrobią. -Frank zapalił papierosa, którym poczęstował go Vincent. -Harry i Sam widzieli jak się pakują. Robią to nad ranem, żeby nikt ich nie widział. Mają pewność, że wszyscy śpią.

-To prawda. -Wyjaśnił Sam. -Wygląda na to, że chcą wyjechać. To by się pokrywało z tym co mówi Mia.

-Dlaczego mieliby nas zabić? -Lusia nie rozumiała.

-Może dlatego, że jesteśmy potencjalnymi zakażonymi. -Wyjaśnił Vins. -Jeśli nas wybiją, oni mogą przetrwać. Wrócić do rodzin. Do swoich obozów dla wojskowych. My jesteśmy teraz tylko mięsem.

-I co teraz zrobimy?!

-No właśnie. -Frank wstał. Zaczął przechadzać się po zgromadzonych. -Posłuchajcie... Długo zastanawiałem się nad tym czy powinniśmy powiedzieć o tym reszcie, ale obawiam się, że to mogłoby wywołać panikę i zabiliby nas wcześniej niż planują. Dlatego... Moim zdaniem powinniśmy zebrać zapasy i w ciągu dwóch dni uciec stąd nim zacznie się masakra.

-Dokąd niby mielibyśmy uciec? -Owen zaniepokoił się. Nie podobało mu się to. Jego żona nie dawno urodziła. Podróż z niemowlakiem nie należała do bezpiecznych.

-Jak najdalej stąd w bezpieczne miejsce. Najlepiej z daleka od miasta, gdzie Martwych jest najwięcej. Muszę wiedzieć kto jest gotowy? Musimy zebrać prowiant, leki, zdobyć jakąś broń. Mamy na to tylko dwa dni.

-Mia mówiła, że planują to za tydzień. -Zauważył Owen.

-Tak, ale nie możemy ryzykować. Co jeśli dostaną rozkaz by wybić nas wcześniej?

-A co zresztą? -Jane zmartwiła się. -Zostawimy ich na pastwę losu? Pozwolimy im tak po prostu umrzeć?

-Sam podpytał ludzi. Dużo uważa, że wojsko jest po dobrej stronie, że musimy wykonywać ich polecenia. Obawiam się, że tak... Musimy ich zostawić jeśli chcemy przeżyć.

-Jestem z wami. -Vins zgodził się bez zastanowienia.

Sam spojrzał na Harrego i Freyę.

-My też jesteśmy z wami.

-Nie jestem pewna... -Lusia objęła córkę ramieniem. -Tam nie jest bezpiecznie. Straciłam Bob'a. Nie chcę i stracić Olivii.

-Ja też się boją Lu. Ale nie mamy wyjścia. -Mia spojrzała w jej oczy.

-A jak chcecie TAM przeżyć?

-Nie wiem. -Podszedł do niej. Położył dłoń na jej ramieniu. -Musimy się trzymać razem, nie dać się ugryźć i znaleźć bezpieczne miejsce. A wierzę, że takie znajdziemy. Sami możemy zbudować taki obóz.

-Nie mamy broni. -Zauważyła.

-Ukradniemy.

-No dobrze. Pójdziemy z wami.

-Ja też. -Flecher nie chciał zostać sam.

-A wy? -Frank spojrzał na małżeństwo z córeczką.

-Zgoda. -Wypaliła Anna. -Musimy to zrobić dla małej. -Przytuliła męża.

-My też pójdziemy. -Luke przystał na to.

-A zatem postanowione! -Frank uśmiechnął się. -Znów razem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

4. FRANK

Do obozu jechali dwa dni. Po drodze dowiedzieli się tylko, że po fali tsunami w Japonii i tutaj wszystko wymknęło się spod kontroli. Martwyc...