Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 września 2023

2. HARRY

     -Wędrujemy od kilku godzin. Nie spotkaliśmy nikogo żywego. Wszystko utonęło pod wodą. Myślę, że powinniśmy się gdzieś zatrzymać na noc.-Frank rozejrzał się pod okolicy.

    Wokół było pełno sklepów i domków letniskowych. Był też jeden większy hotel z wysokim ogrodzeniem i luksusowym basenem, w którym pływały teraz drzewa i stoliki. Budynek był dość wysoki więc była duża szansa, że ktoś tam przeżył. Postanowili, że tam spędzą noc.

    Wybrali najwyższe piętro, które było puste. Prawdopodobnie ktoś zarezerwował je na jakąś uroczystość. Luke z rodziną wybrał pokój najbliżej windy, Bob ze swoją tuż obok. Mia, Frank i Flecher następny, a Freya postanowiła zostać z Harry'm i Sam'em. Zanim jednak rozeszli się do swoich łóżek przeszukali niższe piętro. Znaleźli kilka paczek ciasteczek orzechowych, paczkę chipsów, butelkę wina, trzy butelki wody i orzeszki solone. Wszystko zabrali ze sobą. Zapalili latarki i usiedli na korytarzu zajadając się skromną kolacją.

-Wasze telefony dalej nie mają zasięgu? -Spytał Harry z rezygnacją.

Wszyscy potwierdzili.

-Myślicie, że ktoś po nas przyjedzie? 

-Na pewno wyślą pomoc. -Luke otworzył orzeszki swoim synom. -Myślę, że w pierwszej kolejności pomagają tym bliżej miasta. Trochę to potrwa nim tutaj dotrą. 

-Też dostawaliście powiadomienia o tsunami w różnych rejonach? -Lusia ziewnęła. 

-Tak. -Wszyscy odparli zgodnie. 

-Już kiedyś tak było... -Harry zamyślił się. Podał butelkę wody Freyi. -Ludzie pojechali na wakacje. Myśleli, że to będzie ich najpiękniejszy czas, a większość z nich zginęła pod wodą. 

-Pamiętam. -Luke zamyślił się. -Nie pojechaliśmy wtedy na wakacje bo Jane była w ciąży, a rozważaliśmy właśnie to miejsce. 

-I tak was nie ominęło... 

-Niestety. 

-Dobra moi drodzy. Pora iść spać. -Bob wstał z ziemi. -Jeśli ktoś wstanie pierwszy niech obudzi wszystkich. Musimy wyruszyć z samego rana. 

-Możemy też przeszukać resztę hotelu. Przyda się nam więcej zapasów.

   Rozeszli się do swoich pokoi. Położyli się do łóżek bez słowa. Wszyscy wciąż mieli przed oczami wydarzenia z ostatniego dnia. Choć byli bardzo zmęczeni zasnęli dość szybko. Dzieci często budziły się w nocy. Luisa i Luke wychodzili na korytarz zapalić. Spotkali się trzy razy. W końcu nad ranem koło siódmej Jane obudziła wszystkich. Kobiety zostały na górze z dzieciakami, a mężczyźni podzielili się na dwie grupy. Zeszli na dół i przeszukali jeszcze raz dokładnie pokoje. Znaleźli jakieś owoce, zupki chińskie i słodycze. Mia napełniła butelki wodą z kranów. Przy ostatniej zdała sobie sprawę, że właśnie ją odłączono. 

    Harry przeszukiwał właśnie pokój na dole. W łazience leżał martwy mężczyzna, którego wcześniej razem z Flecher'em przykryli prześcieradłem. Starał się nie zwracać na niego uwagi. Nigdy wcześniej nie widział zmarłego. Otworzył barek. Znalazł tam brandy i puszkę coli. Uśmiechnął się. 

Może Freya poczuje się lepiej jak napije się coli, pomyślał. Schował puszkę do kieszeni. 

-Wszystko gra? -Sam zajrzał z korytarza. 

-Tak. Zajrzę jeszcze do bagaży i już idę.

-Dobra. Czekam na górze. 

    Wtedy coś usłyszał. Zamarł w bezruchu i nasłuchiwał. Już ci odbija, Harry. Zaśmiał się pod nosem. Wyjął torbę spod łóżka i rozsunął zamek. Były w niej tylko ciuchy. Już miał się poddać, ale zauważył, że coś wystaje z bocznej kieszonki. To była broń. Znów coś stuknęło. Dziwne dźwięki dochodziły z łazienki. Wstał powoli, w dłoni trzymał broń i nasłuchiwał. 

    Nagle z łazienki wyszedł mężczyzna. Szedł pokracznym krokiem, powoli, z ust kapała mu czarna maź. Prześcieradło zsunęło się z jego ramion. Harry cofnął się o krok do tyłu. 

-Proszę pana? 

Mężczyzna rzucił się na niego. Chciał go ugryźć. Harry szarpał się z nim, broń wypadła mu z dłoni. 

-SAM! -Wrzeszczał  z całych sił. -SAM! POMOCY! 

    Próbował utrzymać go jak najdalej siebie, ale czuł, że powoli trafi siły. Nigdy nie był zbyt silny. W szkole robił raczej za czarną owcę, nie grał w rugby i wolał przesiadywać w bibliotece. Nie był też jakimś kujonem. Co to to nie. Interesował się po prostu historią i lubił czytać komiksy. Teraz pożałował, że unikał lekcji wychowania fizycznego jak ognia. 

    Na całe szczęście do pokoju wpadł Luke i Frank. Oboje odciągnęli mężczyznę od niego, a on wypadł przerażony na korytarz i przewrócił się. Wszyscy stali wpatrując się w niego z przerażeniem. Freya i Sam podbiegli do niego. Dopiero teraz zauważyli jak ich towarzysze walczą z mężczyzną, który wyglądał na martwego. W końcu Frank odepchnął do na tyle mocno, że ten upadł, a oni mogli zatrzasnąć drzwi od pokoju. Nie minęła chwila, a mężczyzna walił w drzwi pięściami i wydawał dziwne dźwięki przypominające warczenie. 

-Harry... -Freya usiadła obok niego. -Już dobrze...

-Co to było?!-Wrzasnął Sam. Widzieliście to?! To był trup! Chodzący trup!

-Jane, Lusia. Zabierzcie dzieci. -Polecił Bob. -Zejdźcie na dół. Musimy ruszać dalej.

-O co tu chodzi?-Frank spytał ściszonym głosem. -Jesteś pewien, że nie żył?

-Tak! -Harry podniósł się. -Był martwy jak reszta!

-Ja też widziałem.-Flecher wstawił się za nim. -Za nim Harry zaczął przeszukiwać pokój byłem tam. Facet leżał nieżywy!

-Jak? Ja się pytam jak?! -Sam spojrzał po wszystkich. 

-Oni... Boże... -Mia przyłożyła dłoń do ust. -Oni zaczynają się ruszać! 

    Spojrzeli na martwych leżących na dole przy recepcji. Powoli poruszali dłońmi, stopami, potem próbowali się niezdarnie podnieść. Wszystkim z ust kapała czarna maź. 

-UCIEKAMY! -Wrzasnął Farnk. -JUZ! DO DRZWI! 

    Ruszyli biegiem po schodach. Minęli recepcję. Kilka osób stało już na własnych nogach. Harry zatrzymał się niespodziewanie, kiedy część jego grupy była już na zewnątrz. Przypomniał sobie o pistolecie, który znalazł w pokoju. Teraz mógł się przydać, a on go upuścił. 

-Czekajcie! 

-Co ty wyprawiasz? -Sam zamarł z przerażenia. -Szybko! Idą w naszą stronę!

-Tam w tym pokoju, gdzie był truposz został pistolet!

-Nawet o tym nie myśl! 

-Ale...

-NIE! -Wrzasnął Frank. -Nie warto! Spójrz! Rozszarpią cię! 

Dziesięciu martwych szło już w ich stronę kłapiąc zębiskami. 

-Cholera! -Harry zaklną. 

-Nie warto... -Wyszeptała Freya. -Chodź. 

Ruszyli w stronę wyjścia. Zamknęli je. Luke związał swoim paskiem klamkę, żeby nie wyszli. Wszyscy ciężko dyszeli. Harry rozejrzał się dookoła. Wszędzie to samo. Trupy zaczynały ożywać. 

-Boże... Spójrzcie tylko! 

-Co robimy?! -Luisa przyciągnęła do siebie córkę. 

-Musimy biegnąć. -Frank rozejrzał się dokładnie po okolicy. -Tam! -Wskazał na wzgórze. Pierwsze co pomyślał, że tam nie powinno być dużo trupów. W lesie będzie im łatwiej przetrwać. -Musimy uciekać z miasteczka! Już! -Ruszył pierwszy. 

    Wszyscy biegli razem, oglądając się jeden na drugiego. Sam potknął się, przewrócił... Freya i Harry pomogli mu szybko wstać, ale teraz biegli na samym końcu. Grupa martwych ruszyła w ich stronę wolnym krokiem. Co jakiś czas mijali próbujących ich złapać truposzy. 

-Daleko jeszcze?! -Wrzeszczał wykończony Bob, który powoli tracił siły. Był najstarszy z nich wszystkich, a do tego nadwaga nie ułatwiała mu poruszania się. 

-Jeszcze trochę! Widzę drogę, a za nią szlak na wzgórze! -Frank biegł przodem. 

-Nie dam rady.... -Zatrzymał się na chwilę. 

-Dasz! Musisz! -Harry wziął go pod rękę. -Szybko! Zostało już nie dużo! 

Spojrzeli sobie w oczy. Bob skinął głową. Ruszyli za grupą. 


   W końcu udało im się dotrzeć do lasu. Wydawało się, że martwi przestali za nimi iść. Jedni usiedli na ziemi, inni położyli się. Każdy ciężko oddychał. Próbowali chwilę odpocząć. Frank poderwał sie jak oparzony. 

-Flecher wstawaj! Musimy obserwować teren! -Wydał rozkaz swojemu przyjacielowi. 

-Co tu się do cholery dzieje?! -Lusia nie wytrzymała. Pękła. Popłakała się. 

-Wydaje mi się, że to... -Harry wstał niepewnie. Podrapał się po głowie. -Głupio mi o tym mówić, ale wygląda to na zombie. 

-ZOMBIE?! -Sam zbladł. -PRZECIEŻ TO TYLKO W GRACH I KOMIKSACH!

-A jednak nie. Oni wszyscy utonęli, byli martwi. Sami widzieliście. A teraz tak po prostu wstają i chcą nas pożreć! Dalej uważacie, że to nie zombie?

-Dobrze... załóżmy, że to zombie. -Frank wydawał się być liderem wśród przerażonej grupy. Potrafił zachować zimną krew i jako jedyny myśleć racjonalnie. -Musimy chyba znaleźć bezpieczne miejsce? Gdzieś, gdzie będziemy mogli nocować. Potrzebujemy więcej wody, jedzenia...

-I czegoś do obrony. -Harry wciąż miał w głowie broń, która leżała w pokoju z truposzem. 

Wszyscy spojrzeli w jego stronę. 

-W komiksach i grach tak było... Bronili się nożami, łukami, łomami, maczetami... Uderzali ich w głowę. Bo to coś co sprawiło, że wstali z martwych siedziało im tutaj. W mózgu. 

-Nie wierzę... Jestem w jakieś chorej grze komputerowej! -Flacher kopnął kamień i zaklął. 

-Dobrze. Spokojnie. -Bob w końcu przestał dyszeć. -Więc jaki mamy plan? 

-Idziemy dalej. Rozglądajcie się, nasłuchujcie. -Frank sięgnął po gruby patryk, który był ostro zakończony. -Znajdźcie sobie coś do obrony. Na razie będzie musiało wystarczyć i... Ruszajmy. Do południa powinniśmy wejść na wzgórze. Tam rozejrzymy się co widać dookoła,  a potem... Módlmy się, żeby nadeszła pomoc. 



1. FREYA

    Nikt nie wyobrażał sobie końca świata na słonecznej plaży, pośród rozgrzanego piasku i drinków z palemką. Taki krajobraz nie pasował do apokalipsy, ale to właśnie tu wszystko się zaczęło. W miejscu, gdzie wszyscy przyjechali na wakacje, gdzie żyli beztrosko, odpoczywali z rodziną lub znajomymi. W miejscu, które nazywano rajem.

-Chodź do wody, kochanie.

-Chcę się opalać. -Ziewnęła.

-No chodź!

-Za chwilkę. Dopiję tylko drinka. O dziękuję. -Odebrała szklankę od swojej przyjaciółki, która właśnie przyniosła alkohol.

-Dobra idę sam. -Ruszył w stronę oceanu.

-Gdzie Dean i Madison?

-Zaraz przyjdą. Zamówili sobie jakieś desery.

-Młoda para! Zakochani! Ach pamiętam jak to było ze mną i Nickiem. -Rozmarzyła się. -Ale po dwóch latach mieszkania z nim czar prysł.

Zaśmiały się wesoło.

-Z tobą już lepiej? -Spytała zatroskana przyjaciółka.

Jasnowłosa dziewczyna usiadła obok niej. Odgarnęła włosy do tyłu. Miała oczy pomalowane na czarno, tatuaże na nogach i idealną figurę. Wielu mężczyzn zawieszało wzrok na jej dużych piersiach, ale zdawała się tym nie przejmować.

-Tak. Wyleczyłam się z niego.

-To dobrze. Carl był dupkiem.

-Właściwie już o nim nie pamiętam.

-A spotykasz się z kimś?

-Nie.

-O jesteście! -Eve ucieszyła się na widok młodego małżeństwa. -Ależ to słodkości niesiecie!

-Dean namówił mnie na deser. Chyba będę musiała zapisać się na siłownię po tym urlopie. -Madison zarumieniła się.

-Daj spokój, kochanie. Wyglądasz uroczo. Gdzie Nick?

-Poszedł się kąpać.

-On to by najlepiej nie wychodził z wody.

-Mieszkamy prawie na drugim końcu kraju. Tam nie ma plaży i oceanu.

-Mnie jakoś nie ciągnie do puchnięcia w wodzie. O rany! Żałujcie, że nie zamówiłyście sobie po deserze! Jest rewelacyjny! Kokosowy! -Zachwalał z pełną buzią.

-To dawaj spróbować! -Freya chciała zamoczyć palec w jego pucharze, ale ten szybko odskoczył.

-Zamów sobie swój!

-Przyjaciółce nie dasz?

Madison i Eve śmiały się głośno.

-Freya! Nie wyjadaj mojego deseru! Kup sobie swój!

-To nie! Ja tam wolę swojego drinka. -Puściła oczko do dziewczyn i wypiła cały alkohol naraz.

-Ej! Chcesz się upić? -Eve rzuciła w nią pompowaną piłką.

-A czemu nie? To dobry dzień! -Blondyna zaczęła grzebać w swojej torebce. -Idę kupić sobie następnego, a potem jeszcze jednego!

-To weź mi też! -Dean krzyknął za nią. -No co? Przecież jesteśmy na wakacjach.

Dziewczyny położyły się na leżakach korzystając ze słońca. Dean dojadał deser i przeglądał facebook'a. Wokół dzieci radośnie biegały, grupka młodzieży grała w piłkę plażową, jakaś kobieta uczyła swoje dziecko stawiać pierwsze kroki, a radosny ojciec filmował wszystko. Na niebie leciały ptaki, wiatr lekko szumiał, a słońce grzało dziś wyjątkowo mocno.

-Eve! Eve! Dean! -Nick biegł w ich stronę. -Zbierajcie rzeczy!

-Co takiego? -Dean wstał. Dopiero teraz to zobaczył. Woda cofała się do oceanu.

-Prąd jest strasznie silny! Woda znikła!

-Co się dzieje?

Wszystko działo się tak szybko...

-Boże... -Madison przyłożyła dłonie do ust. -Fala...

Dopiero teraz to ujrzeli. Ogromną, zbierającą się falę, która zmierzała w stronę brzegu.

-Biegnijcie! Szybko! -Nick pociągnął Eve za ramię. -Musimy uciekać!

Część ludzi stała oniemiała i wpatrywała się w zmierzającą ku nim falę. Mniejsza grupa ludzi powoli zbierała swoje rzeczy. Tylko garstka uciekała przerażona w głąb lądu.


Freya czekała na swojego drinka. Jej telefon wibrował w torebce. Zerknęła do niej. Przyszło kolejne powiadomienie o tsunami. Tym razem w Japonii. Nie specjalnie się tym przejęła. Zapłaciła za drinka. Barman w dredach puścił do niej oczko i uśmiechnął się. Jakaś para przebiegła właśnie pospiesznie obok nich.

-Dopiero co przyjechałaś?

-Tak. Jestem tu od wczoraj.

-To ma nadzieję, że częściej będziesz tu gościć. -Jeszcze raz do niej mrugnął.

-Na pewno. -Odwzajemniła uśmiech. Dopiero teraz ich zauważyła.

Nick ciągnął za rękę Eve. Za nimi biegła Madison i Dean. Nick coś krzyczał.

-Uciekaj! Uciekaj!

-Co jest... -Freya zamarła w bezruchu.

Ogromna fala wody załamała i się i pędziła w ich stronę pochłaniając wszystko co napotkała na swoje drodze. Była zbyt daleko od nich by im pomóc. Nick i Eve zniknęli pierwsi. Chwilę później reszta.

-Szybko! Na dach! -Barman pociągnął ją za rękę. Biegła za nim zszokowana po schodach prowadzących na gór, gdzie stały stoliki. Byli tam też inni ludzie, którzy wrzeszczeli z przerażenia. Niektórzy kręcili wszystko swoimi telefonami. Woda podniosła się do poziomy balustrady i wtedy ich zobaczyła...

Dean i Madison próbowali utrzymać się na powierzchni.

-Madi! -Freya wrzasnęła. -Płyńcie!

Ale woda zaczęła się gwałtownie cofać.

-O boże... -Wyszeptała sama do siebie widząc jak para próbuje walczyć z prądem. W końcu wyjrzała znad barierki i złapała Madison za rękę. Dean zniknął gdzieś pod wodą.

-Freya! Trzymaj mnie! -Wrzeszczała Madison.

-Trzymam! Nie puszczaj! Nie puszczaj! -Freya czuła jak barierka wbija jej się w brzuch, ale to była jej jedyna ochrona. Ściskała dłoń swojej przyjaciółki z całych sił, ale pomimo tego czuła, że powoli się wyślizguje. Woda coraz mocnej się cofała. -Madison!

-Freya!

-Nie! -Krzyknęła gdy przyjaciółka zniknęła pod taflą wody. -MADISON! NIE!

Drewniana barierka nagle pękła i Freya znalazła się w wodzie. Pędziła teraz prosto ku otchłani. Musiała się czegoś chwycić. Musiała się zatrzymać inaczej zginie. Mijała właśnie jeden z hoteli. Złapała metalową barierkę od balkonu. Nigdy nie miała siły w rękach. Czuła, że dłużej tak nie wytrzyma. Wrzeszczała z przerażenia, a jednocześnie z bezsilności. Jej palce powoli zsuwały się z barierki.

-Nie... Proszę...

Wtedy poczuła jak ktoś chwyta ją za przedramię. Uniosła wzrok ku górze. Dwójka młodych chłopaków właśnie wciągała ją do środka. Upadła na ziemie. Próbowała złapać oddech. Ten szczupły, który miał brązowe włosy i grzywkę zaczesaną na bok podbiegł do niej. Miał na sobie krótkie spodenki i białą bokserkę.

-Wszystko gra? Jesteś ranna?

-N.. Nie. -Udało jej się wypowiedzieć. -Nie jestem ranna.

Usłyszała nagle trzask. Obróciła się. Na balkonie stał otyły chłopak. Wpatrywał się w płynący w prądem bar, na którym jeszcze przed chwilą stała Freya. Barman z dredami gdzieś zniknął.

-Fala się cofa. To oznacza tylko jedno... -Otyły chłopak wszedł do środka. Zaczął pakować rzeczy do plecaka. -Harry! Zabierz najpotrzebniejsze rzeczy. Będziemy musieli uciekać na najwyższy budynek.

-Jak to?

-Przyjdzie kolejna fala. Co jeśli będzie większa?

-Boże...

-Pakuj się!

Ale to nie było zwykłe tsunami. Woda cofnęła się całkiem. Zniknęła i było znów widać w oddali plaże. Freya była w takim szoku, że nim się obejrzała szła już u boku tych dwóch mężczyzn. Mijali zniszczone samochody, budynki, martwych ludzi leżących na ulicach, drzewach. Widzieli garstkę ocalałych, którzy wyszli przed domy i hotele. Ludzi rannych, połamanych i umierających. Ale nie zatrzymywali się. Biegli przed siebie.

-Tam! -Sam wskazał jeden z hoteli. -Mam nadzieje, że będzie dość wysoki.

Freya przewróciła się. Harry podszedł do niej i pomógł jej wstać.

-Będzie dobrze. Już niedaleko. -Podtrzymywał ją.

Wbiegli do hotelu. Wszystko było zniszczone przez falę. Prąd wysiadł więc musieli biec schodami. Mijali rodziny, które schodziły na dół z walizkami. Dokąd chcieli uciec? Czy naprawdę sądzili, że wsiądą teraz w taksówkę i odjadą na lotnisko?

Kiedy dotarli na dach okazało się, że nie tylko oni podjęli taką decyzję. Były tam również dwie rodziny. Najbliżej wejścia stał otyły mężczyzna z siwym wąsem.

-Co tam się dzieje na dole? -Spytał przerażony tak samo jak reszta ludzi na dachu.

-Ludzie uciekają. Nie wiem dokąd. -Sam zamknął za sobą wejście.

-A wy?

-Obawiam się, że może przyjść druga fala. Chcemy być wystarczająco wysoko.

-Myślicie, że to może się powtórzyć? -Spytał przystojny, umięśniony i brodaty mężczyzna, który tulił do siebie swoją żonę.

-Przy tsunami to możliwe. Lepiej będzie jak zostaniemy tu na jakiś czas.

Ludzie powychodzili na ulicę. Pomagali rannym, uciekali, po prostu stali i patrzyli. Nie spodziewali się tego co zaraz miało się wydarzyć. Kolejna fala przyszła nagle. Zalała prawie wszystko. Zaledwie dwa najwyższe hotele lewie wystały znad tafli wody. Zapadła nagle cisza. Nie było już słychać wrzasków o pomoc. Nikt już nie modlił się na głos do boga. Dzieci przestały płakać.

-To chyba koniec świata. -Wyszeptała starsza blondyna o imieniu Lusia. Przytuliła swoją córkę do siebie.

-To dlaczego wciąż żyjemy? -Bob jej mąż wpatrywał się w całą tą scenerię.

-Czy to możliwe, że przyjdzie kolejna fala?

-Możliwe. Lepiej będzie tu zostać do rana.

-Hej! Zobaczcie na tamten budynek! -Luke, wysoki i umięśniony mężczyzna wskazał na hotel obok. Na jego dachu stały trzy postacie. Jedna z nim, która była mężczyzną machała do nich. Odmachał im. -Nie jesteśmy jedyni! Ktoś przeżył!

-My i oni? Nikt więcej? -Zauważyła jego żona Jane.

Freya siedziała na ziemi. Nie patrzyła na nic. Wolała zwiesić swój wzrok na ziemi. Wciąż miała przed oczami swoich przyjaciół, którzy prawdopodobnie utonęli. Słyszała krzyk Madi i czuła jak jej dłoń wyślizguje się z objęć. Zapłakała.

-Wszystko będzie dobrze. -Harry usiadł obok niej. Objął ją ramieniem.

-Oni wszyscy... Moi przyjaciele... Nie żyją... -Płakała jak dziecko.

Reszta patrzyła na nią ze współczuciem.

-Wiem. Przykro mi. Bardzo mi przykro. -Pogłaskał ją po głowie.


Słońce wznosiło się nad horyzont. Woda już całkiem opadła. Ptaki wróciły na ląd, wiał lekki wiatr. Martwi ludzie leżeli na ulicach. Panowała zupełna cisza, tak bardzo niepodobna do tego miejsca. Nie grała już muzyka, nikt nie śmiał się wesoło, dzieci nie bawiły się na placach zabaw. Miasto było martwe. Freya i reszta zeszli z hotelu by spotkać się z trójką innych ocalałych.

-Jestem Frank. To moi znajomi Mia i Flecher.

-Tylko my przeżyliśmy? -Spytał Sam.

-Nie wiem. Na to wygląda. Tylko nasze hotele nie były całkowicie pod wodą.

-Co teraz? -Freya wciąż była zapłakana.

-Myślę, że powinniśmy ruszyć w głąb lądu w razie gdyby tsunami wróciło. -Sam spojrzał w stronę plaży.

-Tak. I po pomoc. -Zgodził się Frank. -Na pewno kogoś tu przyślą.

-Więc ruszajmy. -Bob wziął swoją córkę za rękę. -Nie martw się słonko. Żyjemy i tylko to się liczy.

Freya szła na samym końcu. Harry dotrzymywał jej kroku. Sam rozmawiał o czymś z Luke'em. Dwójka bliźniaków Paul i Patrick mieli może z sześć lat. Trzymali się blisko swojej mamy. Jane była kobietą po trzydziestce, miała piękne rysy twarzy, ciemne, proste włosy związane w kucyka. Zarzuciła na siebie szeroką bluzę męża. Miała dreszcze. Przodem kroczyła Lusia i z mężem Bobem i ich nastoletnia córką Olivią. Wszyscy starali się nawet nie patrzeć na zwłoki leżące na ulicy.

-Kilka przecznic dalej jest apteka. -Wyjaśnił Frank. -Myślę, że możemy ją odwiedzić. Nikt z nas nie jest ranny, ale bandaże, antybiotyki i coś do odkażania może przydać się innym, kiedy ich spotkamy.

-Dobry pomysł. -Zgodził się Flecher.

-A ktoś w ogóle to przeżył oprócz nas? -Sam zerknął na swojego przyjaciela. -Nie wydaje mi się.

Freya kątem oka coś zauważyła. Zatrzymała się i obserwowała leżącą obok martwą kobietę.

-Co jest? -Harry podszedł do niej. -Stało się coś?

-Ja... Myślałam, że... wydawało mi się, że ona się poruszyła. Nie ważne. Chodźmy dalej.


4. FRANK

Do obozu jechali dwa dni. Po drodze dowiedzieli się tylko, że po fali tsunami w Japonii i tutaj wszystko wymknęło się spod kontroli. Martwyc...