sobota, 23 września 2023

3. LUISA

    Szli gęstym lasem w stronę wzgórza. Luisa co chwilę zerkała na swojego męża. Martwiła się o niego bardziej niż o córkę. Młoda była silna i odważna. Nawet po tym co widziała zdawała się nie być tak przerażona jak bliźniaki. Jednak Bob to co innego. Miał pięćdziesiąt lat, był po dwóch zawałach, miał sporą nadwagę... Żałowała, że nie zmuszała go do częstszych ćwiczeń. Odkąd przeszedł na emeryturę roztył się okropnie. Nie przypominał już dawnego Boba, ale i tak go kochała. 

-Jak się czujesz? -Spytała zwalniając kroku i zrównując się z mężem. 

-Jak gówno. 

-I tak też wyglądasz. 

-Lu... Kochanie... -Ciężko oddychał. -Ja chyba nie dam rady. 

-Oczywiście, że dasz. Wzgórze już niedaleko. 

-A co potem? Co jeśli to naprawdę jest koniec świata i nic już tam na górze na nas nie czeka? 

-Chyba oszalałeś. -Podała mu butelkę z wodą. -Dużo pij. Jak będzie trzeba zrobimy kolejny postój. 

-Nie. Chłopaki już kręcą nosem. Chcą być na górze jak najszybciej. 

    Bob nie wyglądał zbyt dobrze, ale w końcu po dwóch godzinach marszu stanął na wzgórzu ramię w ramię z innymi. Była wtedy z niego dumna jak nigdy dotąd. 

    Było stąd widać miasto po którym wolnym krokiem krążyli martwi, główną drogę, rzekę i otaczający ich las. Z daleka wypatrzyli nieco większe miasto. Jane przypomniała sobie, że to tam pojechali trzy dni temu na wycieczkę. 

-Jestem przekonana, że tam woda nie dotarła. Jeśli mamy znaleźć pomoc to tylko tam. Widziałam też szpital. Na pewno tam zawiozą ocalałych. 

-Dobry pomysł. -Frank dostał już miano przywódcy grupy, ale wszystkim to pasowało. Dobrze było mieć kogoś kto myślał za wszystkich. -Odpoczniemy tutaj, a potem ruszymy lasem, wzdłuż rzeki. Potem przy tej skale odbijemy w w lewo i będziemy w mieście. Odnajdziemy szpital i skończy się ten koszmar.

-Zdążymy tam dojść zanim zapadnie noc? -Zmartwiła się Jane. 

-Wątpię. Będziemy musieli spędzić noc w lesie. 

-Czy nie lepiej będzie zostać tu na górze i wyruszyć rano? 

-Nie. Nie możemy tu czekać pół dnia. Ruszajmy. 

    I tak zrobili. Bob poczuł się nieco lepiej, ale zaczęła dokuczać mu jego stara kontuzja. Kolano spuchło i zrobiło się czerwone. Pomagała mu iść. Olivia najwidoczniej szukała bratniej duszy i znalazła ją w jasnowłosej dziewczynie. Freya była tu sama, wciąż przeżywała śmierć bliskich i jedynymi osobami z z którymi chciała rozmawiać był Harry, Sam i Olivia. 


    Wieczór zapadł szybciej niż myśleli. Podzielili się na grupy. Jedna miała pilnować i  nasłuchiwać czy nie zbliża się do nich zagrożenie, a druga mogła wtedy spać. Kiedy Lusia siedziała obok swojego śpiącego męża i głaskała Olivię po głowie. Ta nie mogła dziś usnąć. Frank wyjął papierosy i poczęstował ją. 

-Frank... -Lu wypuściła dym. -Minęły trzy dni. Trzy dni, a po nas nie przyszedł nikt. Nie słyszałam helikopterów, ani pogotowia. Nie widziałam żywych ludzi z wyjątkiem nas. W miastach nie palą się lampy. Jest zupełnie ciemno. Nie mamy zasięgu. Niedługo telefony zupełnie się rozładują. Nie uważasz, że to nie jest normalne? 

-Mnie też to martwi, Luiso. Ale mamy robić? Zostać tutaj? Może prąd wysiadł przez tsunami, ale na pewno spotkamy tam żywych ludzi. 

-Boję się, że Bob nie da rady dalej iść. 

-Nie zostawimy was. Dojdziemy tam razem, obiecuję. 

-Co tam? -Mia usiadła obok Franka. -Las wydaje się być spokojny. -Szeptała. 

-Tak, ale na jak długo? W końcu martwi mogą tu dotrzeć. 

-Wyruszymy o świcie. To da nam trochę przewagi. 

-Myślicie, że martwi ożyli przez falę? Upał? -Mia założyła na siebie bluzę. Zrobiło się jej chłodno. 

-Nie wydaje mi się. -Frank podrapał się po brodzie. -Choć tsunami uderzało w różnych rejonach. To dziwne... Ale może coś było w wodzie? Coś co potruło topielców i teraz powstali. 

-To chyba mi się śni. Nie wierzę, że mnie to spotkało. 

-Jak my wszyscy... 


    Słońce ledwo wstało nad horyzont, a oni byli już w drodze. Tej nocy wszyscy źle spali. Byli głodni, zmęczeni i zaczynało brakować im wody. Telefony rozładowały się, po drodze mijali porzucone samochody na drodze dojazdowej. W środku nie było nikogo. Świat zdawał się być martwy. 

    Wydawało im się, ze szli kilka dobrych godzin. Nie mieli pojęcia jaka jest pora dnia, ani jak daleko znajdowało się miasto. Wciąż go nie wiedzieli. Bliźniaki narzekały, że bolą je nogi. Bob szedł na samym końcu w towarzystwie swojej rodziny. Frank martwił się o niego coraz bardziej. Jeśli dostanie zawału nie będą mogli mu pomóc. Luisa wspominała, że była kiedyś lekarzem, ale co mogłaby zrobić w takich warunkach? Nie wiele. 

-Cicho! -Flecher zatrzymał się na przodzie pochodu. -Chyba coś słyszałem. 

Wszyscy zamarli nasłuchując. Ktoś szedł w ich stronę. 

-Hej! Kto tam?! 

-Harry! -Freya wrzasnęła, kiedy zza krzaków wyszedł martwy mężczyzna i złapał ją za ramię. 

    Harry szybko podbiegł i odepchnął go. Frank i Flecher rzucili się by go przytrzymać, ale tuż za nimi wyszedł kolejny martwy. Harry wziął swój gruby kij i odpychał go. 

-Cholera! Oni nigdy się nie uspokoją! 

Dwie martwe kobiety wyłoniły się zza drzew. Jedna zmierzała w stronę bliźniaków, a druga w stronę Luisy i Olivii. 

-Bob! Bob! -Luisa odciagnęła na bok Olivię. Dziewczyna przewróciła się na ziemię, a ona zosłoniła ją własnym ciałem. 

    Bob jakby dostał jakiejś super mocy. Poruszał się teraz wyjątkowo szybko. Rozbiegł się i staranował martwą, która najwidoczniej upatrzyła sobie na cel jego żonę. Oboje upadli na ziemię, martwa kobieta zacisnęła zęby na jego barku. Bob obrócił się na plecy. Starał się trzymać ją jak najdalej siebie by nie ugryzła go ponownie. Luisa skoczyła jak oparzona. Chwyciła kobietę za włosy i odciągnęła od męża. 

    Potem wszystko działo się tak szybko... 

    Frank i Flecher puścili martwego. Upadł na ziemię, ale po chwili znów się podnosił. Harry i Sam odpychali swojego truposza patykami. Luke szarpał się z rudowłosą kobietą, a Luisa uciekła za goniącą ją kolejną martwą. 

-Zabijcie ich! Zabijcie! -Wrzasnęła. 

    Frank jakby czekał tylko na pozwolenie. Zamachnął się swoim kijem i uderzył martwego w głowę. Ponownie upadł, ale wciąż żył. Frank uderzył go jeszcze raz. Potem Flecher. Bili na zmianę, aż z głowy została krwawa miazga. Trup przestał się ruszać. 

-W głowę! Harry! Miałeś rację w głowę! 

    Luisa zatrzymała się. Obróciła. Teraz Frank i Flecher okładali już kobietę, która szła za nią. Harry i Sam próbowali załatwić ich martwego. Luke obalił na ziemię rudowłosą. 

-Pomocy! Nie mam czym jej załatwić! 

    Freya niespodziewanie wzięła kamień leżący obok. Uniosła go nad sobą, a potem z całej siły opuściła na głowę rudej. 

    W końcu stali pośród leżących zwłok. Zapadła długa cisza, która przerwał płacz jednego z bliźniaków. Olivia podbiegła do ojca i przytuliła się do niego. 

-Bob! Nic ci nie jest? -Lusia zmartwiła się. 

-Ugryzła mnie, ale nic mi nie będzie. 

-Chyba skręciłem kostkę. -Flecher podpierał się o pobliskie drzewo. 

-Dasz radę iść? 

-Powoli, ale dam. 


    I wtedy ich ujrzeli. Drogą jechał wojskowy konwój. Flecher i Harry wybiegli z lasu na drogę. Luisa i Frank podtrzymywali słabego Boba. Nie dość, że serce chciało wyskoczyć mu z piersi to rana po ugryzieniu okropnie piekła. 

-Tutaj! -Wrzasnął Harry. -Tu! 

-Cywile! -Jeden z żołnierzy zeskoczył z auta. -Jest was więcej? 

-Tak! 

Cała grupa wyszła z lasu. 

-Sierżancie! Jest ich więcej! Dobrze was widzieć... nie wielu już przetrwało. -Uśmiechnął się do nich. -Ktoś jest ranny?

-Kolega skręcił kostkę. -Wyjaśnił Harry. 

-Mąż ma problemy z sercem i został ugryziony przez jednego z truposzy. -Lu wtrąciła się do rozmowy. 

Żołnierz spojrzał na sierżanta, który właśnie stanął obok niego. 

-Zabierzemy was jak najdalej stąd do bezpiecznego obozu. 

-Dziękujemy. -Lu odetchnęła z ulgą. -Jak dobrze was widzieć. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

4. FRANK

Do obozu jechali dwa dni. Po drodze dowiedzieli się tylko, że po fali tsunami w Japonii i tutaj wszystko wymknęło się spod kontroli. Martwyc...