piątek, 22 września 2023

2. HARRY

     -Wędrujemy od kilku godzin. Nie spotkaliśmy nikogo żywego. Wszystko utonęło pod wodą. Myślę, że powinniśmy się gdzieś zatrzymać na noc.-Frank rozejrzał się pod okolicy.

    Wokół było pełno sklepów i domków letniskowych. Był też jeden większy hotel z wysokim ogrodzeniem i luksusowym basenem, w którym pływały teraz drzewa i stoliki. Budynek był dość wysoki więc była duża szansa, że ktoś tam przeżył. Postanowili, że tam spędzą noc.

    Wybrali najwyższe piętro, które było puste. Prawdopodobnie ktoś zarezerwował je na jakąś uroczystość. Luke z rodziną wybrał pokój najbliżej windy, Bob ze swoją tuż obok. Mia, Frank i Flecher następny, a Freya postanowiła zostać z Harry'm i Sam'em. Zanim jednak rozeszli się do swoich łóżek przeszukali niższe piętro. Znaleźli kilka paczek ciasteczek orzechowych, paczkę chipsów, butelkę wina, trzy butelki wody i orzeszki solone. Wszystko zabrali ze sobą. Zapalili latarki i usiedli na korytarzu zajadając się skromną kolacją.

-Wasze telefony dalej nie mają zasięgu? -Spytał Harry z rezygnacją.

Wszyscy potwierdzili.

-Myślicie, że ktoś po nas przyjedzie? 

-Na pewno wyślą pomoc. -Luke otworzył orzeszki swoim synom. -Myślę, że w pierwszej kolejności pomagają tym bliżej miasta. Trochę to potrwa nim tutaj dotrą. 

-Też dostawaliście powiadomienia o tsunami w różnych rejonach? -Lusia ziewnęła. 

-Tak. -Wszyscy odparli zgodnie. 

-Już kiedyś tak było... -Harry zamyślił się. Podał butelkę wody Freyi. -Ludzie pojechali na wakacje. Myśleli, że to będzie ich najpiękniejszy czas, a większość z nich zginęła pod wodą. 

-Pamiętam. -Luke zamyślił się. -Nie pojechaliśmy wtedy na wakacje bo Jane była w ciąży, a rozważaliśmy właśnie to miejsce. 

-I tak was nie ominęło... 

-Niestety. 

-Dobra moi drodzy. Pora iść spać. -Bob wstał z ziemi. -Jeśli ktoś wstanie pierwszy niech obudzi wszystkich. Musimy wyruszyć z samego rana. 

-Możemy też przeszukać resztę hotelu. Przyda się nam więcej zapasów.

   Rozeszli się do swoich pokoi. Położyli się do łóżek bez słowa. Wszyscy wciąż mieli przed oczami wydarzenia z ostatniego dnia. Choć byli bardzo zmęczeni zasnęli dość szybko. Dzieci często budziły się w nocy. Luisa i Luke wychodzili na korytarz zapalić. Spotkali się trzy razy. W końcu nad ranem koło siódmej Jane obudziła wszystkich. Kobiety zostały na górze z dzieciakami, a mężczyźni podzielili się na dwie grupy. Zeszli na dół i przeszukali jeszcze raz dokładnie pokoje. Znaleźli jakieś owoce, zupki chińskie i słodycze. Mia napełniła butelki wodą z kranów. Przy ostatniej zdała sobie sprawę, że właśnie ją odłączono. 

    Harry przeszukiwał właśnie pokój na dole. W łazience leżał martwy mężczyzna, którego wcześniej razem z Flecher'em przykryli prześcieradłem. Starał się nie zwracać na niego uwagi. Nigdy wcześniej nie widział zmarłego. Otworzył barek. Znalazł tam brandy i puszkę coli. Uśmiechnął się. 

Może Freya poczuje się lepiej jak napije się coli, pomyślał. Schował puszkę do kieszeni. 

-Wszystko gra? -Sam zajrzał z korytarza. 

-Tak. Zajrzę jeszcze do bagaży i już idę.

-Dobra. Czekam na górze. 

    Wtedy coś usłyszał. Zamarł w bezruchu i nasłuchiwał. Już ci odbija, Harry. Zaśmiał się pod nosem. Wyjął torbę spod łóżka i rozsunął zamek. Były w niej tylko ciuchy. Już miał się poddać, ale zauważył, że coś wystaje z bocznej kieszonki. To była broń. Znów coś stuknęło. Dziwne dźwięki dochodziły z łazienki. Wstał powoli, w dłoni trzymał broń i nasłuchiwał. 

    Nagle z łazienki wyszedł mężczyzna. Szedł pokracznym krokiem, powoli, z ust kapała mu czarna maź. Prześcieradło zsunęło się z jego ramion. Harry cofnął się o krok do tyłu. 

-Proszę pana? 

Mężczyzna rzucił się na niego. Chciał go ugryźć. Harry szarpał się z nim, broń wypadła mu z dłoni. 

-SAM! -Wrzeszczał  z całych sił. -SAM! POMOCY! 

    Próbował utrzymać go jak najdalej siebie, ale czuł, że powoli trafi siły. Nigdy nie był zbyt silny. W szkole robił raczej za czarną owcę, nie grał w rugby i wolał przesiadywać w bibliotece. Nie był też jakimś kujonem. Co to to nie. Interesował się po prostu historią i lubił czytać komiksy. Teraz pożałował, że unikał lekcji wychowania fizycznego jak ognia. 

    Na całe szczęście do pokoju wpadł Luke i Frank. Oboje odciągnęli mężczyznę od niego, a on wypadł przerażony na korytarz i przewrócił się. Wszyscy stali wpatrując się w niego z przerażeniem. Freya i Sam podbiegli do niego. Dopiero teraz zauważyli jak ich towarzysze walczą z mężczyzną, który wyglądał na martwego. W końcu Frank odepchnął do na tyle mocno, że ten upadł, a oni mogli zatrzasnąć drzwi od pokoju. Nie minęła chwila, a mężczyzna walił w drzwi pięściami i wydawał dziwne dźwięki przypominające warczenie. 

-Harry... -Freya usiadła obok niego. -Już dobrze...

-Co to było?!-Wrzasnął Sam. Widzieliście to?! To był trup! Chodzący trup!

-Jane, Lusia. Zabierzcie dzieci. -Polecił Bob. -Zejdźcie na dół. Musimy ruszać dalej.

-O co tu chodzi?-Frank spytał ściszonym głosem. -Jesteś pewien, że nie żył?

-Tak! -Harry podniósł się. -Był martwy jak reszta!

-Ja też widziałem.-Flecher wstawił się za nim. -Za nim Harry zaczął przeszukiwać pokój byłem tam. Facet leżał nieżywy!

-Jak? Ja się pytam jak?! -Sam spojrzał po wszystkich. 

-Oni... Boże... -Mia przyłożyła dłoń do ust. -Oni zaczynają się ruszać! 

    Spojrzeli na martwych leżących na dole przy recepcji. Powoli poruszali dłońmi, stopami, potem próbowali się niezdarnie podnieść. Wszystkim z ust kapała czarna maź. 

-UCIEKAMY! -Wrzasnął Farnk. -JUZ! DO DRZWI! 

    Ruszyli biegiem po schodach. Minęli recepcję. Kilka osób stało już na własnych nogach. Harry zatrzymał się niespodziewanie, kiedy część jego grupy była już na zewnątrz. Przypomniał sobie o pistolecie, który znalazł w pokoju. Teraz mógł się przydać, a on go upuścił. 

-Czekajcie! 

-Co ty wyprawiasz? -Sam zamarł z przerażenia. -Szybko! Idą w naszą stronę!

-Tam w tym pokoju, gdzie był truposz został pistolet!

-Nawet o tym nie myśl! 

-Ale...

-NIE! -Wrzasnął Frank. -Nie warto! Spójrz! Rozszarpią cię! 

Dziesięciu martwych szło już w ich stronę kłapiąc zębiskami. 

-Cholera! -Harry zaklną. 

-Nie warto... -Wyszeptała Freya. -Chodź. 

Ruszyli w stronę wyjścia. Zamknęli je. Luke związał swoim paskiem klamkę, żeby nie wyszli. Wszyscy ciężko dyszeli. Harry rozejrzał się dookoła. Wszędzie to samo. Trupy zaczynały ożywać. 

-Boże... Spójrzcie tylko! 

-Co robimy?! -Luisa przyciągnęła do siebie córkę. 

-Musimy biegnąć. -Frank rozejrzał się dokładnie po okolicy. -Tam! -Wskazał na wzgórze. Pierwsze co pomyślał, że tam nie powinno być dużo trupów. W lesie będzie im łatwiej przetrwać. -Musimy uciekać z miasteczka! Już! -Ruszył pierwszy. 

    Wszyscy biegli razem, oglądając się jeden na drugiego. Sam potknął się, przewrócił... Freya i Harry pomogli mu szybko wstać, ale teraz biegli na samym końcu. Grupa martwych ruszyła w ich stronę wolnym krokiem. Co jakiś czas mijali próbujących ich złapać truposzy. 

-Daleko jeszcze?! -Wrzeszczał wykończony Bob, który powoli tracił siły. Był najstarszy z nich wszystkich, a do tego nadwaga nie ułatwiała mu poruszania się. 

-Jeszcze trochę! Widzę drogę, a za nią szlak na wzgórze! -Frank biegł przodem. 

-Nie dam rady.... -Zatrzymał się na chwilę. 

-Dasz! Musisz! -Harry wziął go pod rękę. -Szybko! Zostało już nie dużo! 

Spojrzeli sobie w oczy. Bob skinął głową. Ruszyli za grupą. 


   W końcu udało im się dotrzeć do lasu. Wydawało się, że martwi przestali za nimi iść. Jedni usiedli na ziemi, inni położyli się. Każdy ciężko oddychał. Próbowali chwilę odpocząć. Frank poderwał sie jak oparzony. 

-Flecher wstawaj! Musimy obserwować teren! -Wydał rozkaz swojemu przyjacielowi. 

-Co tu się do cholery dzieje?! -Lusia nie wytrzymała. Pękła. Popłakała się. 

-Wydaje mi się, że to... -Harry wstał niepewnie. Podrapał się po głowie. -Głupio mi o tym mówić, ale wygląda to na zombie. 

-ZOMBIE?! -Sam zbladł. -PRZECIEŻ TO TYLKO W GRACH I KOMIKSACH!

-A jednak nie. Oni wszyscy utonęli, byli martwi. Sami widzieliście. A teraz tak po prostu wstają i chcą nas pożreć! Dalej uważacie, że to nie zombie?

-Dobrze... załóżmy, że to zombie. -Frank wydawał się być liderem wśród przerażonej grupy. Potrafił zachować zimną krew i jako jedyny myśleć racjonalnie. -Musimy chyba znaleźć bezpieczne miejsce? Gdzieś, gdzie będziemy mogli nocować. Potrzebujemy więcej wody, jedzenia...

-I czegoś do obrony. -Harry wciąż miał w głowie broń, która leżała w pokoju z truposzem. 

Wszyscy spojrzeli w jego stronę. 

-W komiksach i grach tak było... Bronili się nożami, łukami, łomami, maczetami... Uderzali ich w głowę. Bo to coś co sprawiło, że wstali z martwych siedziało im tutaj. W mózgu. 

-Nie wierzę... Jestem w jakieś chorej grze komputerowej! -Flacher kopnął kamień i zaklął. 

-Dobrze. Spokojnie. -Bob w końcu przestał dyszeć. -Więc jaki mamy plan? 

-Idziemy dalej. Rozglądajcie się, nasłuchujcie. -Frank sięgnął po gruby patryk, który był ostro zakończony. -Znajdźcie sobie coś do obrony. Na razie będzie musiało wystarczyć i... Ruszajmy. Do południa powinniśmy wejść na wzgórze. Tam rozejrzymy się co widać dookoła,  a potem... Módlmy się, żeby nadeszła pomoc. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

4. FRANK

Do obozu jechali dwa dni. Po drodze dowiedzieli się tylko, że po fali tsunami w Japonii i tutaj wszystko wymknęło się spod kontroli. Martwyc...