niedziela, 24 września 2023

4. FRANK

Do obozu jechali dwa dni. Po drodze dowiedzieli się tylko, że po fali tsunami w Japonii i tutaj wszystko wymknęło się spod kontroli. Martwych zaczęło przybywać. Poza tym nie wiele mówili. Frank stwierdził, że albo sami nie wiele wiedzą, albo mają rozkaz z góry by nic nikomu nie mówić. Zaczął wierzyć, że w cały ten syf mogło być zamieszane właśnie wojsko.

Kiedy dotarli do obozu okazało się, że było tam może z czterdziestu cywili, którzy trafili tu z różnych miejsc w takim sam sposób jak oni. Powiedziano im, że spędzą tu może góra tydzień, kiedy wszystko się uspokoi każdy będzie mógł wrócić do domu. Nie wiedzieli wtedy, że to było największe kłamstwo jakie kiedykolwiek przyszło im usłyszeć...

Obóz był podzielony na trzy sekcje. Pierwsza największa była przeznaczona dla cywili. Drugą zajmowało wojsko, a trzecia najmniejsza była dla poważnie rannych. Do tej ostatniej nie wpuszczano nikogo. Dlatego Frank musiał uspokoić Luisę, która kłóciła się od kilku godzin z żołnierzami, że chce zobaczyć swojego męża. Obiecał jej, że załatwi wizytę.

Przydzielono ich do jednego baraku więc Frank cieszył się, że nie zostali rozdzieleni. Luke z rodziną wydawał się być już nieco spokojniejszy. Lu i Olivia wciąż były poddenerwowane brakiem wieści o Bob'ie. Mia chodziła po obozie i szukała jakiś bliskich. W końcu jako jedyna była miejscowa. Flecher leżał z opatrzoną nogą. Sam chodził po ludziach i próbował się czegoś dowiedzieć, ale podobnie tak jak oni nic nie wiedzieli. Freya zaczynała powoli dochodzić do siebie, a Harry stawał na głowie by czuła się lepiej. Frank uśmiechnął się pod nosem. Chyba przypadli sobie do gustu.

-Pójdę po obiedzie do sierżanta i poproszę go o wizytę z Bob'em. Nie mogą nas tak trzymać w niepewności. -Frank położył dłoń na ramieniu Lu. -Będzie dobrze. Jest pod opieką.

-Co się stało jej mężowi? -Starszy mężczyzna w dłuższych, siwych włosach podszedł do nich ze swojej pryczy. Wyglądem przypominał nieco pustelnika, albo bezdomnego.

-Został ugryziony, a do tego ma problemy z sercem.

-Jest po dwóch zawałach. -Odparła zmartwiona Lu.

-Ugryziony? -Otworzył szeroko oczy.

-Tak. A co? -Frank zaniepokoił się.

-Nie chcę was martwić, ale... Udało mi się tu dotrzeć z miasta z pewnym chłopkiem. On też został ugryziony. Trafiliśmy tu od razu po tym jak doszły nas wieści, że wybrzeże nawiedziło tsunami. W mieście było gorąco. Trupy szalały. Uciekałem sam i spotkałem tego dzieciaka. Zanim znalazło nas wojsko ugryźli go w nogę. Do tej pory nie wrócił i...

-I co dalej?

-Nikt kto był ugryziony nie wraca...

-Boże! -Luisa przystawiła dłoń do ust.

-Spokojnie. Dowiem się wszystkiego.

-Możesz porozmawiać z Glorią jej siostrę też zabrali. Miała tylko ugryzienie na plecach poza tym czuła się dobrze.


Frank wraz z Sam'em postanowili podpytać ludzi. Nikt nic nie wiedział, ale każdy mówił to samo. Ugryzionych zabierano do baraku i już nie wracali. Frank nie należał do osób, które lubiły czekać. A jeśli złożył już jakąś obietnicę to starał się jej dotrzymać.

-Posłuchaj Sam. Chcę zakraść się w nocy do baraku. Potrzebuję pomocy.

-Co mam robić?

-Najlepiej będzie jak zrobicie jakiś hałas. Nie wiem... musicie odwrócić uwagę żołnierzy od przejścia, a ja zakradnę się do baraku. Dasz radę?

-Wymyślę coś z Harry'm.

-Super! Liczę na was.

Wieczór nastał dość szybko. Sam i Harry spacerowali po obozie we dwójkę czekając na odpowiedni moment. Frank nie miał pojęcia co wymyślili, ale czekał za ich barakiem, niedaleko ogrodzenia, gdzie wcześniej wyciął siatkę by móc przecisnąć się przez nią, a potem wrócić niezauważony. Z tego co dowiedział się od Vincent'a większy barak był przeznaczony dla rannych. Przechodziło się przez niego do nieco mniejszego, gdzie zabierano ugryzionych. To tam powinien być Bob.

-Jak to z nią spałeś?! To była moja narzeczona! -Wrzasnął rozwścieczony Harry.

-Wyluzuj! To było dawno! Ona już pewnie nie żyje!

-Jak możesz tak mówić?! -Popchnął go.

-Co ty robisz?!

Zaczęli się szarpać. Żołnierze z posterunków pobiegli w ich stronę. Teraz albo nigdy, Frank. Ruszył w stronę ogrodzenia. Przeszedł przez dziurę. Zatrzymał się za koszem na śmieci i poczekał, aż żołnierz, który pilnował wejścia do namiotu odszedł zainteresowany wrzaskami.

Potem ruszył szybko do baraku. Odchylił kotarę i zobaczył pielęgniarkę, która robiła obchód. Była to młoda dziewczyna, która opatrywała nogę Flecher'a. Wydała się być sympatyczna. Opowiadała mu, że zabrano ją ze szpitala, gdzie wybuchła epidemia tej dziwnej choroby. Była tu sama, nie miała nikogo. Prawdopodobnie jej rodzina nie żyła. Powiedziała, że jeśli będą czegoś potrzebować mogą się do niej zgłosić. Frank wziął głęboki wdech i wszedł do środka.

-Co tu robisz?! Kto cię tu wprowadził? -Spytała zaskoczona. -Zawołam żołnierzy!

-Nie błagam! -Podbiegł do niej. -Proszę nie! Chce tylko dowiedzieć się co z moim przyjacielem!

-Nie wolno ci tu być!

-Błagam! Przyjaciółka bardzo martwi się o męża! Proszę! Daj mi się z nim zobaczyć, a zaraz wracam do baraku!

-Będę mieć przez ciebie kłopoty! -Warknęła rozglądając się. -Dobrze... Który to?

-Bob.

-Bob? -Spytała cicho.

-Tak. Miał problem z sercem i został ugryziony.

-Nie ma go tutaj.

-A gdzie jest?

-On... Przykro mi...

-Co? Co się z nim stało?

-Przykro mi... Bob został... Oni...

-Gdzie jest Bob?!

-Proszę cicho! Nie powinnam wam tego mówić! Nikt nie może wiedzieć! Zabijają każdego ugryzionego!

-CO?!

-Oni... Oni się zarażają i zmieniają w to coś... Dlatego ich zabijają od razu po ugryzieniu, żeby w obozie nie rozprzestrzeniła się choroba!

-To znaczy, że... Bob? On... Nie żyje?

-Bardzo mi przykro.

Frank uklęknął na ziemię.

-Mogę ci jakoś pomóc?

-Co ja jej powiem? Co powiem jego żonie i córce? -Po jego policzkach pociekły łzy. Ukrył twarz w dłoniach.

-Musisz już iść. Nikt nie może cię tu zobaczyć.

-Nie wierzę w to! Nie! -Poderwał się gwałtownie. Odepchnął pielęgniarkę i zaczął biec w stronę wejścia do drugiego baraku. Nie wierzył jej. To musiało być kłamstwo. Nie można było przecież tak po prostu zabijać ludzi. Wpadł do drugiego baraku. Były tam puste łóżka.




Dwa miesiące później.


To Frank postanowił zwołać zebranie. Choć znał w obozie już wszystkich to zgromadził tylko najbliższych. Tych, którym mógł ufać.

Pierwszy w magazynie zjawił się Vincent. Starszy mężczyzna około sześćdziesiątki, który był w dawnym świecie mechanikiem samochodowym. Dziś zajmował się naprawianiem wozów dla żołnierzy i majsterkowaniem w obozie. Wycierał ręce ze smaru, a w ustach miał odpalonego papierosa.

-Jestem pierwszy?

-Tak. Musimy poczekać.

-Co to za zebranie, przyjacielu? -Vincent lubił Franka. Razem pomagali miejscowej ludności, dbali o porządek i starali się dać temu miejscu choćby namiastkę normalności.

-Wszystko w swoim czasie. -Zza jego pleców wyszła Mia.

-Cześć Vins.

-Cześć Mia. -Kiwnął do niej. -Ciężki dzień co? Sporo rannych?

-Tak. Nie udało ich się uratować. -Posmutniała. -Nie powinni byli kręcić się wokół ogrodzenia. To niebezpieczne. Zastrzelili dziś pięciu pogryzionych.

Mia miała praktyki w szpitalu ponieważ brakowało personelu, a obóz znacznie się powiększył.

Drzwi powoli otworzyły się i do środka wcisnęła się Luisa wraz ze swoją dwunastoletnią córką Olivią.

-Zaczęło się? -Zapytała starsza kobieta.

-Nie. Dopiero czekamy na wszystkich.

Drzwi ponownie się otworzyły i do grona dołączył Sam, Harry i Freya.

-Ciężko było się wyrwać o tej godzinie z baraku. -Harry przeczesał ręką swoje rozczochrane włosy. -Ale jesteśmy!

Potem przychodzi Flecher, Anna jej mąż Owen i niemowlak Zoe.

Zaraz za nimi zjawiła się Jane ze swoim mężem Luke'em.

-Posłuchajcie Mia ma wam coś do powiedzenia.

-Kiedy zabierałam wczoraj leki z magazynu posłyszałam rozmowę żołnierzy. Nie jest dobrze. Dostali rozkaz wymordowania nas i udania się do większego miasta, gdzie mają wojskowe obozy tylko dla wybranych.

-Nie mogą przecież wymordować wszystkich cywili! -Oburzyła się Anna.

-Mogą i prawdopodobnie to zrobią. -Frank zapalił papierosa, którym poczęstował go Vincent. -Harry i Sam widzieli jak się pakują. Robią to nad ranem, żeby nikt ich nie widział. Mają pewność, że wszyscy śpią.

-To prawda. -Wyjaśnił Sam. -Wygląda na to, że chcą wyjechać. To by się pokrywało z tym co mówi Mia.

-Dlaczego mieliby nas zabić? -Lusia nie rozumiała.

-Może dlatego, że jesteśmy potencjalnymi zakażonymi. -Wyjaśnił Vins. -Jeśli nas wybiją, oni mogą przetrwać. Wrócić do rodzin. Do swoich obozów dla wojskowych. My jesteśmy teraz tylko mięsem.

-I co teraz zrobimy?!

-No właśnie. -Frank wstał. Zaczął przechadzać się po zgromadzonych. -Posłuchajcie... Długo zastanawiałem się nad tym czy powinniśmy powiedzieć o tym reszcie, ale obawiam się, że to mogłoby wywołać panikę i zabiliby nas wcześniej niż planują. Dlatego... Moim zdaniem powinniśmy zebrać zapasy i w ciągu dwóch dni uciec stąd nim zacznie się masakra.

-Dokąd niby mielibyśmy uciec? -Owen zaniepokoił się. Nie podobało mu się to. Jego żona nie dawno urodziła. Podróż z niemowlakiem nie należała do bezpiecznych.

-Jak najdalej stąd w bezpieczne miejsce. Najlepiej z daleka od miasta, gdzie Martwych jest najwięcej. Muszę wiedzieć kto jest gotowy? Musimy zebrać prowiant, leki, zdobyć jakąś broń. Mamy na to tylko dwa dni.

-Mia mówiła, że planują to za tydzień. -Zauważył Owen.

-Tak, ale nie możemy ryzykować. Co jeśli dostaną rozkaz by wybić nas wcześniej?

-A co zresztą? -Jane zmartwiła się. -Zostawimy ich na pastwę losu? Pozwolimy im tak po prostu umrzeć?

-Sam podpytał ludzi. Dużo uważa, że wojsko jest po dobrej stronie, że musimy wykonywać ich polecenia. Obawiam się, że tak... Musimy ich zostawić jeśli chcemy przeżyć.

-Jestem z wami. -Vins zgodził się bez zastanowienia.

Sam spojrzał na Harrego i Freyę.

-My też jesteśmy z wami.

-Nie jestem pewna... -Lusia objęła córkę ramieniem. -Tam nie jest bezpiecznie. Straciłam Bob'a. Nie chcę i stracić Olivii.

-Ja też się boją Lu. Ale nie mamy wyjścia. -Mia spojrzała w jej oczy.

-A jak chcecie TAM przeżyć?

-Nie wiem. -Podszedł do niej. Położył dłoń na jej ramieniu. -Musimy się trzymać razem, nie dać się ugryźć i znaleźć bezpieczne miejsce. A wierzę, że takie znajdziemy. Sami możemy zbudować taki obóz.

-Nie mamy broni. -Zauważyła.

-Ukradniemy.

-No dobrze. Pójdziemy z wami.

-Ja też. -Flecher nie chciał zostać sam.

-A wy? -Frank spojrzał na małżeństwo z córeczką.

-Zgoda. -Wypaliła Anna. -Musimy to zrobić dla małej. -Przytuliła męża.

-My też pójdziemy. -Luke przystał na to.

-A zatem postanowione! -Frank uśmiechnął się. -Znów razem!

sobota, 23 września 2023

3. LUISA

    Szli gęstym lasem w stronę wzgórza. Luisa co chwilę zerkała na swojego męża. Martwiła się o niego bardziej niż o córkę. Młoda była silna i odważna. Nawet po tym co widziała zdawała się nie być tak przerażona jak bliźniaki. Jednak Bob to co innego. Miał pięćdziesiąt lat, był po dwóch zawałach, miał sporą nadwagę... Żałowała, że nie zmuszała go do częstszych ćwiczeń. Odkąd przeszedł na emeryturę roztył się okropnie. Nie przypominał już dawnego Boba, ale i tak go kochała. 

-Jak się czujesz? -Spytała zwalniając kroku i zrównując się z mężem. 

-Jak gówno. 

-I tak też wyglądasz. 

-Lu... Kochanie... -Ciężko oddychał. -Ja chyba nie dam rady. 

-Oczywiście, że dasz. Wzgórze już niedaleko. 

-A co potem? Co jeśli to naprawdę jest koniec świata i nic już tam na górze na nas nie czeka? 

-Chyba oszalałeś. -Podała mu butelkę z wodą. -Dużo pij. Jak będzie trzeba zrobimy kolejny postój. 

-Nie. Chłopaki już kręcą nosem. Chcą być na górze jak najszybciej. 

    Bob nie wyglądał zbyt dobrze, ale w końcu po dwóch godzinach marszu stanął na wzgórzu ramię w ramię z innymi. Była wtedy z niego dumna jak nigdy dotąd. 

    Było stąd widać miasto po którym wolnym krokiem krążyli martwi, główną drogę, rzekę i otaczający ich las. Z daleka wypatrzyli nieco większe miasto. Jane przypomniała sobie, że to tam pojechali trzy dni temu na wycieczkę. 

-Jestem przekonana, że tam woda nie dotarła. Jeśli mamy znaleźć pomoc to tylko tam. Widziałam też szpital. Na pewno tam zawiozą ocalałych. 

-Dobry pomysł. -Frank dostał już miano przywódcy grupy, ale wszystkim to pasowało. Dobrze było mieć kogoś kto myślał za wszystkich. -Odpoczniemy tutaj, a potem ruszymy lasem, wzdłuż rzeki. Potem przy tej skale odbijemy w w lewo i będziemy w mieście. Odnajdziemy szpital i skończy się ten koszmar.

-Zdążymy tam dojść zanim zapadnie noc? -Zmartwiła się Jane. 

-Wątpię. Będziemy musieli spędzić noc w lesie. 

-Czy nie lepiej będzie zostać tu na górze i wyruszyć rano? 

-Nie. Nie możemy tu czekać pół dnia. Ruszajmy. 

    I tak zrobili. Bob poczuł się nieco lepiej, ale zaczęła dokuczać mu jego stara kontuzja. Kolano spuchło i zrobiło się czerwone. Pomagała mu iść. Olivia najwidoczniej szukała bratniej duszy i znalazła ją w jasnowłosej dziewczynie. Freya była tu sama, wciąż przeżywała śmierć bliskich i jedynymi osobami z z którymi chciała rozmawiać był Harry, Sam i Olivia. 


    Wieczór zapadł szybciej niż myśleli. Podzielili się na grupy. Jedna miała pilnować i  nasłuchiwać czy nie zbliża się do nich zagrożenie, a druga mogła wtedy spać. Kiedy Lusia siedziała obok swojego śpiącego męża i głaskała Olivię po głowie. Ta nie mogła dziś usnąć. Frank wyjął papierosy i poczęstował ją. 

-Frank... -Lu wypuściła dym. -Minęły trzy dni. Trzy dni, a po nas nie przyszedł nikt. Nie słyszałam helikopterów, ani pogotowia. Nie widziałam żywych ludzi z wyjątkiem nas. W miastach nie palą się lampy. Jest zupełnie ciemno. Nie mamy zasięgu. Niedługo telefony zupełnie się rozładują. Nie uważasz, że to nie jest normalne? 

-Mnie też to martwi, Luiso. Ale mamy robić? Zostać tutaj? Może prąd wysiadł przez tsunami, ale na pewno spotkamy tam żywych ludzi. 

-Boję się, że Bob nie da rady dalej iść. 

-Nie zostawimy was. Dojdziemy tam razem, obiecuję. 

-Co tam? -Mia usiadła obok Franka. -Las wydaje się być spokojny. -Szeptała. 

-Tak, ale na jak długo? W końcu martwi mogą tu dotrzeć. 

-Wyruszymy o świcie. To da nam trochę przewagi. 

-Myślicie, że martwi ożyli przez falę? Upał? -Mia założyła na siebie bluzę. Zrobiło się jej chłodno. 

-Nie wydaje mi się. -Frank podrapał się po brodzie. -Choć tsunami uderzało w różnych rejonach. To dziwne... Ale może coś było w wodzie? Coś co potruło topielców i teraz powstali. 

-To chyba mi się śni. Nie wierzę, że mnie to spotkało. 

-Jak my wszyscy... 


    Słońce ledwo wstało nad horyzont, a oni byli już w drodze. Tej nocy wszyscy źle spali. Byli głodni, zmęczeni i zaczynało brakować im wody. Telefony rozładowały się, po drodze mijali porzucone samochody na drodze dojazdowej. W środku nie było nikogo. Świat zdawał się być martwy. 

    Wydawało im się, ze szli kilka dobrych godzin. Nie mieli pojęcia jaka jest pora dnia, ani jak daleko znajdowało się miasto. Wciąż go nie wiedzieli. Bliźniaki narzekały, że bolą je nogi. Bob szedł na samym końcu w towarzystwie swojej rodziny. Frank martwił się o niego coraz bardziej. Jeśli dostanie zawału nie będą mogli mu pomóc. Luisa wspominała, że była kiedyś lekarzem, ale co mogłaby zrobić w takich warunkach? Nie wiele. 

-Cicho! -Flecher zatrzymał się na przodzie pochodu. -Chyba coś słyszałem. 

Wszyscy zamarli nasłuchując. Ktoś szedł w ich stronę. 

-Hej! Kto tam?! 

-Harry! -Freya wrzasnęła, kiedy zza krzaków wyszedł martwy mężczyzna i złapał ją za ramię. 

    Harry szybko podbiegł i odepchnął go. Frank i Flecher rzucili się by go przytrzymać, ale tuż za nimi wyszedł kolejny martwy. Harry wziął swój gruby kij i odpychał go. 

-Cholera! Oni nigdy się nie uspokoją! 

Dwie martwe kobiety wyłoniły się zza drzew. Jedna zmierzała w stronę bliźniaków, a druga w stronę Luisy i Olivii. 

-Bob! Bob! -Luisa odciagnęła na bok Olivię. Dziewczyna przewróciła się na ziemię, a ona zosłoniła ją własnym ciałem. 

    Bob jakby dostał jakiejś super mocy. Poruszał się teraz wyjątkowo szybko. Rozbiegł się i staranował martwą, która najwidoczniej upatrzyła sobie na cel jego żonę. Oboje upadli na ziemię, martwa kobieta zacisnęła zęby na jego barku. Bob obrócił się na plecy. Starał się trzymać ją jak najdalej siebie by nie ugryzła go ponownie. Luisa skoczyła jak oparzona. Chwyciła kobietę za włosy i odciągnęła od męża. 

    Potem wszystko działo się tak szybko... 

    Frank i Flecher puścili martwego. Upadł na ziemię, ale po chwili znów się podnosił. Harry i Sam odpychali swojego truposza patykami. Luke szarpał się z rudowłosą kobietą, a Luisa uciekła za goniącą ją kolejną martwą. 

-Zabijcie ich! Zabijcie! -Wrzasnęła. 

    Frank jakby czekał tylko na pozwolenie. Zamachnął się swoim kijem i uderzył martwego w głowę. Ponownie upadł, ale wciąż żył. Frank uderzył go jeszcze raz. Potem Flecher. Bili na zmianę, aż z głowy została krwawa miazga. Trup przestał się ruszać. 

-W głowę! Harry! Miałeś rację w głowę! 

    Luisa zatrzymała się. Obróciła. Teraz Frank i Flecher okładali już kobietę, która szła za nią. Harry i Sam próbowali załatwić ich martwego. Luke obalił na ziemię rudowłosą. 

-Pomocy! Nie mam czym jej załatwić! 

    Freya niespodziewanie wzięła kamień leżący obok. Uniosła go nad sobą, a potem z całej siły opuściła na głowę rudej. 

    W końcu stali pośród leżących zwłok. Zapadła długa cisza, która przerwał płacz jednego z bliźniaków. Olivia podbiegła do ojca i przytuliła się do niego. 

-Bob! Nic ci nie jest? -Lusia zmartwiła się. 

-Ugryzła mnie, ale nic mi nie będzie. 

-Chyba skręciłem kostkę. -Flecher podpierał się o pobliskie drzewo. 

-Dasz radę iść? 

-Powoli, ale dam. 


    I wtedy ich ujrzeli. Drogą jechał wojskowy konwój. Flecher i Harry wybiegli z lasu na drogę. Luisa i Frank podtrzymywali słabego Boba. Nie dość, że serce chciało wyskoczyć mu z piersi to rana po ugryzieniu okropnie piekła. 

-Tutaj! -Wrzasnął Harry. -Tu! 

-Cywile! -Jeden z żołnierzy zeskoczył z auta. -Jest was więcej? 

-Tak! 

Cała grupa wyszła z lasu. 

-Sierżancie! Jest ich więcej! Dobrze was widzieć... nie wielu już przetrwało. -Uśmiechnął się do nich. -Ktoś jest ranny?

-Kolega skręcił kostkę. -Wyjaśnił Harry. 

-Mąż ma problemy z sercem i został ugryziony przez jednego z truposzy. -Lu wtrąciła się do rozmowy. 

Żołnierz spojrzał na sierżanta, który właśnie stanął obok niego. 

-Zabierzemy was jak najdalej stąd do bezpiecznego obozu. 

-Dziękujemy. -Lu odetchnęła z ulgą. -Jak dobrze was widzieć. 

piątek, 22 września 2023

2. HARRY

     -Wędrujemy od kilku godzin. Nie spotkaliśmy nikogo żywego. Wszystko utonęło pod wodą. Myślę, że powinniśmy się gdzieś zatrzymać na noc.-Frank rozejrzał się pod okolicy.

    Wokół było pełno sklepów i domków letniskowych. Był też jeden większy hotel z wysokim ogrodzeniem i luksusowym basenem, w którym pływały teraz drzewa i stoliki. Budynek był dość wysoki więc była duża szansa, że ktoś tam przeżył. Postanowili, że tam spędzą noc.

    Wybrali najwyższe piętro, które było puste. Prawdopodobnie ktoś zarezerwował je na jakąś uroczystość. Luke z rodziną wybrał pokój najbliżej windy, Bob ze swoją tuż obok. Mia, Frank i Flecher następny, a Freya postanowiła zostać z Harry'm i Sam'em. Zanim jednak rozeszli się do swoich łóżek przeszukali niższe piętro. Znaleźli kilka paczek ciasteczek orzechowych, paczkę chipsów, butelkę wina, trzy butelki wody i orzeszki solone. Wszystko zabrali ze sobą. Zapalili latarki i usiedli na korytarzu zajadając się skromną kolacją.

-Wasze telefony dalej nie mają zasięgu? -Spytał Harry z rezygnacją.

Wszyscy potwierdzili.

-Myślicie, że ktoś po nas przyjedzie? 

-Na pewno wyślą pomoc. -Luke otworzył orzeszki swoim synom. -Myślę, że w pierwszej kolejności pomagają tym bliżej miasta. Trochę to potrwa nim tutaj dotrą. 

-Też dostawaliście powiadomienia o tsunami w różnych rejonach? -Lusia ziewnęła. 

-Tak. -Wszyscy odparli zgodnie. 

-Już kiedyś tak było... -Harry zamyślił się. Podał butelkę wody Freyi. -Ludzie pojechali na wakacje. Myśleli, że to będzie ich najpiękniejszy czas, a większość z nich zginęła pod wodą. 

-Pamiętam. -Luke zamyślił się. -Nie pojechaliśmy wtedy na wakacje bo Jane była w ciąży, a rozważaliśmy właśnie to miejsce. 

-I tak was nie ominęło... 

-Niestety. 

-Dobra moi drodzy. Pora iść spać. -Bob wstał z ziemi. -Jeśli ktoś wstanie pierwszy niech obudzi wszystkich. Musimy wyruszyć z samego rana. 

-Możemy też przeszukać resztę hotelu. Przyda się nam więcej zapasów.

   Rozeszli się do swoich pokoi. Położyli się do łóżek bez słowa. Wszyscy wciąż mieli przed oczami wydarzenia z ostatniego dnia. Choć byli bardzo zmęczeni zasnęli dość szybko. Dzieci często budziły się w nocy. Luisa i Luke wychodzili na korytarz zapalić. Spotkali się trzy razy. W końcu nad ranem koło siódmej Jane obudziła wszystkich. Kobiety zostały na górze z dzieciakami, a mężczyźni podzielili się na dwie grupy. Zeszli na dół i przeszukali jeszcze raz dokładnie pokoje. Znaleźli jakieś owoce, zupki chińskie i słodycze. Mia napełniła butelki wodą z kranów. Przy ostatniej zdała sobie sprawę, że właśnie ją odłączono. 

    Harry przeszukiwał właśnie pokój na dole. W łazience leżał martwy mężczyzna, którego wcześniej razem z Flecher'em przykryli prześcieradłem. Starał się nie zwracać na niego uwagi. Nigdy wcześniej nie widział zmarłego. Otworzył barek. Znalazł tam brandy i puszkę coli. Uśmiechnął się. 

Może Freya poczuje się lepiej jak napije się coli, pomyślał. Schował puszkę do kieszeni. 

-Wszystko gra? -Sam zajrzał z korytarza. 

-Tak. Zajrzę jeszcze do bagaży i już idę.

-Dobra. Czekam na górze. 

    Wtedy coś usłyszał. Zamarł w bezruchu i nasłuchiwał. Już ci odbija, Harry. Zaśmiał się pod nosem. Wyjął torbę spod łóżka i rozsunął zamek. Były w niej tylko ciuchy. Już miał się poddać, ale zauważył, że coś wystaje z bocznej kieszonki. To była broń. Znów coś stuknęło. Dziwne dźwięki dochodziły z łazienki. Wstał powoli, w dłoni trzymał broń i nasłuchiwał. 

    Nagle z łazienki wyszedł mężczyzna. Szedł pokracznym krokiem, powoli, z ust kapała mu czarna maź. Prześcieradło zsunęło się z jego ramion. Harry cofnął się o krok do tyłu. 

-Proszę pana? 

Mężczyzna rzucił się na niego. Chciał go ugryźć. Harry szarpał się z nim, broń wypadła mu z dłoni. 

-SAM! -Wrzeszczał  z całych sił. -SAM! POMOCY! 

    Próbował utrzymać go jak najdalej siebie, ale czuł, że powoli trafi siły. Nigdy nie był zbyt silny. W szkole robił raczej za czarną owcę, nie grał w rugby i wolał przesiadywać w bibliotece. Nie był też jakimś kujonem. Co to to nie. Interesował się po prostu historią i lubił czytać komiksy. Teraz pożałował, że unikał lekcji wychowania fizycznego jak ognia. 

    Na całe szczęście do pokoju wpadł Luke i Frank. Oboje odciągnęli mężczyznę od niego, a on wypadł przerażony na korytarz i przewrócił się. Wszyscy stali wpatrując się w niego z przerażeniem. Freya i Sam podbiegli do niego. Dopiero teraz zauważyli jak ich towarzysze walczą z mężczyzną, który wyglądał na martwego. W końcu Frank odepchnął do na tyle mocno, że ten upadł, a oni mogli zatrzasnąć drzwi od pokoju. Nie minęła chwila, a mężczyzna walił w drzwi pięściami i wydawał dziwne dźwięki przypominające warczenie. 

-Harry... -Freya usiadła obok niego. -Już dobrze...

-Co to było?!-Wrzasnął Sam. Widzieliście to?! To był trup! Chodzący trup!

-Jane, Lusia. Zabierzcie dzieci. -Polecił Bob. -Zejdźcie na dół. Musimy ruszać dalej.

-O co tu chodzi?-Frank spytał ściszonym głosem. -Jesteś pewien, że nie żył?

-Tak! -Harry podniósł się. -Był martwy jak reszta!

-Ja też widziałem.-Flecher wstawił się za nim. -Za nim Harry zaczął przeszukiwać pokój byłem tam. Facet leżał nieżywy!

-Jak? Ja się pytam jak?! -Sam spojrzał po wszystkich. 

-Oni... Boże... -Mia przyłożyła dłoń do ust. -Oni zaczynają się ruszać! 

    Spojrzeli na martwych leżących na dole przy recepcji. Powoli poruszali dłońmi, stopami, potem próbowali się niezdarnie podnieść. Wszystkim z ust kapała czarna maź. 

-UCIEKAMY! -Wrzasnął Farnk. -JUZ! DO DRZWI! 

    Ruszyli biegiem po schodach. Minęli recepcję. Kilka osób stało już na własnych nogach. Harry zatrzymał się niespodziewanie, kiedy część jego grupy była już na zewnątrz. Przypomniał sobie o pistolecie, który znalazł w pokoju. Teraz mógł się przydać, a on go upuścił. 

-Czekajcie! 

-Co ty wyprawiasz? -Sam zamarł z przerażenia. -Szybko! Idą w naszą stronę!

-Tam w tym pokoju, gdzie był truposz został pistolet!

-Nawet o tym nie myśl! 

-Ale...

-NIE! -Wrzasnął Frank. -Nie warto! Spójrz! Rozszarpią cię! 

Dziesięciu martwych szło już w ich stronę kłapiąc zębiskami. 

-Cholera! -Harry zaklną. 

-Nie warto... -Wyszeptała Freya. -Chodź. 

Ruszyli w stronę wyjścia. Zamknęli je. Luke związał swoim paskiem klamkę, żeby nie wyszli. Wszyscy ciężko dyszeli. Harry rozejrzał się dookoła. Wszędzie to samo. Trupy zaczynały ożywać. 

-Boże... Spójrzcie tylko! 

-Co robimy?! -Luisa przyciągnęła do siebie córkę. 

-Musimy biegnąć. -Frank rozejrzał się dokładnie po okolicy. -Tam! -Wskazał na wzgórze. Pierwsze co pomyślał, że tam nie powinno być dużo trupów. W lesie będzie im łatwiej przetrwać. -Musimy uciekać z miasteczka! Już! -Ruszył pierwszy. 

    Wszyscy biegli razem, oglądając się jeden na drugiego. Sam potknął się, przewrócił... Freya i Harry pomogli mu szybko wstać, ale teraz biegli na samym końcu. Grupa martwych ruszyła w ich stronę wolnym krokiem. Co jakiś czas mijali próbujących ich złapać truposzy. 

-Daleko jeszcze?! -Wrzeszczał wykończony Bob, który powoli tracił siły. Był najstarszy z nich wszystkich, a do tego nadwaga nie ułatwiała mu poruszania się. 

-Jeszcze trochę! Widzę drogę, a za nią szlak na wzgórze! -Frank biegł przodem. 

-Nie dam rady.... -Zatrzymał się na chwilę. 

-Dasz! Musisz! -Harry wziął go pod rękę. -Szybko! Zostało już nie dużo! 

Spojrzeli sobie w oczy. Bob skinął głową. Ruszyli za grupą. 


   W końcu udało im się dotrzeć do lasu. Wydawało się, że martwi przestali za nimi iść. Jedni usiedli na ziemi, inni położyli się. Każdy ciężko oddychał. Próbowali chwilę odpocząć. Frank poderwał sie jak oparzony. 

-Flecher wstawaj! Musimy obserwować teren! -Wydał rozkaz swojemu przyjacielowi. 

-Co tu się do cholery dzieje?! -Lusia nie wytrzymała. Pękła. Popłakała się. 

-Wydaje mi się, że to... -Harry wstał niepewnie. Podrapał się po głowie. -Głupio mi o tym mówić, ale wygląda to na zombie. 

-ZOMBIE?! -Sam zbladł. -PRZECIEŻ TO TYLKO W GRACH I KOMIKSACH!

-A jednak nie. Oni wszyscy utonęli, byli martwi. Sami widzieliście. A teraz tak po prostu wstają i chcą nas pożreć! Dalej uważacie, że to nie zombie?

-Dobrze... załóżmy, że to zombie. -Frank wydawał się być liderem wśród przerażonej grupy. Potrafił zachować zimną krew i jako jedyny myśleć racjonalnie. -Musimy chyba znaleźć bezpieczne miejsce? Gdzieś, gdzie będziemy mogli nocować. Potrzebujemy więcej wody, jedzenia...

-I czegoś do obrony. -Harry wciąż miał w głowie broń, która leżała w pokoju z truposzem. 

Wszyscy spojrzeli w jego stronę. 

-W komiksach i grach tak było... Bronili się nożami, łukami, łomami, maczetami... Uderzali ich w głowę. Bo to coś co sprawiło, że wstali z martwych siedziało im tutaj. W mózgu. 

-Nie wierzę... Jestem w jakieś chorej grze komputerowej! -Flacher kopnął kamień i zaklął. 

-Dobrze. Spokojnie. -Bob w końcu przestał dyszeć. -Więc jaki mamy plan? 

-Idziemy dalej. Rozglądajcie się, nasłuchujcie. -Frank sięgnął po gruby patryk, który był ostro zakończony. -Znajdźcie sobie coś do obrony. Na razie będzie musiało wystarczyć i... Ruszajmy. Do południa powinniśmy wejść na wzgórze. Tam rozejrzymy się co widać dookoła,  a potem... Módlmy się, żeby nadeszła pomoc. 



1. FREYA

    Nikt nie wyobrażał sobie końca świata na słonecznej plaży, pośród rozgrzanego piasku i drinków z palemką. Taki krajobraz nie pasował do apokalipsy, ale to właśnie tu wszystko się zaczęło. W miejscu, gdzie wszyscy przyjechali na wakacje, gdzie żyli beztrosko, odpoczywali z rodziną lub znajomymi. W miejscu, które nazywano rajem.

-Chodź do wody, kochanie.

-Chcę się opalać. -Ziewnęła.

-No chodź!

-Za chwilkę. Dopiję tylko drinka. O dziękuję. -Odebrała szklankę od swojej przyjaciółki, która właśnie przyniosła alkohol.

-Dobra idę sam. -Ruszył w stronę oceanu.

-Gdzie Dean i Madison?

-Zaraz przyjdą. Zamówili sobie jakieś desery.

-Młoda para! Zakochani! Ach pamiętam jak to było ze mną i Nickiem. -Rozmarzyła się. -Ale po dwóch latach mieszkania z nim czar prysł.

Zaśmiały się wesoło.

-Z tobą już lepiej? -Spytała zatroskana przyjaciółka.

Jasnowłosa dziewczyna usiadła obok niej. Odgarnęła włosy do tyłu. Miała oczy pomalowane na czarno, tatuaże na nogach i idealną figurę. Wielu mężczyzn zawieszało wzrok na jej dużych piersiach, ale zdawała się tym nie przejmować.

-Tak. Wyleczyłam się z niego.

-To dobrze. Carl był dupkiem.

-Właściwie już o nim nie pamiętam.

-A spotykasz się z kimś?

-Nie.

-O jesteście! -Eve ucieszyła się na widok młodego małżeństwa. -Ależ to słodkości niesiecie!

-Dean namówił mnie na deser. Chyba będę musiała zapisać się na siłownię po tym urlopie. -Madison zarumieniła się.

-Daj spokój, kochanie. Wyglądasz uroczo. Gdzie Nick?

-Poszedł się kąpać.

-On to by najlepiej nie wychodził z wody.

-Mieszkamy prawie na drugim końcu kraju. Tam nie ma plaży i oceanu.

-Mnie jakoś nie ciągnie do puchnięcia w wodzie. O rany! Żałujcie, że nie zamówiłyście sobie po deserze! Jest rewelacyjny! Kokosowy! -Zachwalał z pełną buzią.

-To dawaj spróbować! -Freya chciała zamoczyć palec w jego pucharze, ale ten szybko odskoczył.

-Zamów sobie swój!

-Przyjaciółce nie dasz?

Madison i Eve śmiały się głośno.

-Freya! Nie wyjadaj mojego deseru! Kup sobie swój!

-To nie! Ja tam wolę swojego drinka. -Puściła oczko do dziewczyn i wypiła cały alkohol naraz.

-Ej! Chcesz się upić? -Eve rzuciła w nią pompowaną piłką.

-A czemu nie? To dobry dzień! -Blondyna zaczęła grzebać w swojej torebce. -Idę kupić sobie następnego, a potem jeszcze jednego!

-To weź mi też! -Dean krzyknął za nią. -No co? Przecież jesteśmy na wakacjach.

Dziewczyny położyły się na leżakach korzystając ze słońca. Dean dojadał deser i przeglądał facebook'a. Wokół dzieci radośnie biegały, grupka młodzieży grała w piłkę plażową, jakaś kobieta uczyła swoje dziecko stawiać pierwsze kroki, a radosny ojciec filmował wszystko. Na niebie leciały ptaki, wiatr lekko szumiał, a słońce grzało dziś wyjątkowo mocno.

-Eve! Eve! Dean! -Nick biegł w ich stronę. -Zbierajcie rzeczy!

-Co takiego? -Dean wstał. Dopiero teraz to zobaczył. Woda cofała się do oceanu.

-Prąd jest strasznie silny! Woda znikła!

-Co się dzieje?

Wszystko działo się tak szybko...

-Boże... -Madison przyłożyła dłonie do ust. -Fala...

Dopiero teraz to ujrzeli. Ogromną, zbierającą się falę, która zmierzała w stronę brzegu.

-Biegnijcie! Szybko! -Nick pociągnął Eve za ramię. -Musimy uciekać!

Część ludzi stała oniemiała i wpatrywała się w zmierzającą ku nim falę. Mniejsza grupa ludzi powoli zbierała swoje rzeczy. Tylko garstka uciekała przerażona w głąb lądu.


Freya czekała na swojego drinka. Jej telefon wibrował w torebce. Zerknęła do niej. Przyszło kolejne powiadomienie o tsunami. Tym razem w Japonii. Nie specjalnie się tym przejęła. Zapłaciła za drinka. Barman w dredach puścił do niej oczko i uśmiechnął się. Jakaś para przebiegła właśnie pospiesznie obok nich.

-Dopiero co przyjechałaś?

-Tak. Jestem tu od wczoraj.

-To ma nadzieję, że częściej będziesz tu gościć. -Jeszcze raz do niej mrugnął.

-Na pewno. -Odwzajemniła uśmiech. Dopiero teraz ich zauważyła.

Nick ciągnął za rękę Eve. Za nimi biegła Madison i Dean. Nick coś krzyczał.

-Uciekaj! Uciekaj!

-Co jest... -Freya zamarła w bezruchu.

Ogromna fala wody załamała i się i pędziła w ich stronę pochłaniając wszystko co napotkała na swoje drodze. Była zbyt daleko od nich by im pomóc. Nick i Eve zniknęli pierwsi. Chwilę później reszta.

-Szybko! Na dach! -Barman pociągnął ją za rękę. Biegła za nim zszokowana po schodach prowadzących na gór, gdzie stały stoliki. Byli tam też inni ludzie, którzy wrzeszczeli z przerażenia. Niektórzy kręcili wszystko swoimi telefonami. Woda podniosła się do poziomy balustrady i wtedy ich zobaczyła...

Dean i Madison próbowali utrzymać się na powierzchni.

-Madi! -Freya wrzasnęła. -Płyńcie!

Ale woda zaczęła się gwałtownie cofać.

-O boże... -Wyszeptała sama do siebie widząc jak para próbuje walczyć z prądem. W końcu wyjrzała znad barierki i złapała Madison za rękę. Dean zniknął gdzieś pod wodą.

-Freya! Trzymaj mnie! -Wrzeszczała Madison.

-Trzymam! Nie puszczaj! Nie puszczaj! -Freya czuła jak barierka wbija jej się w brzuch, ale to była jej jedyna ochrona. Ściskała dłoń swojej przyjaciółki z całych sił, ale pomimo tego czuła, że powoli się wyślizguje. Woda coraz mocnej się cofała. -Madison!

-Freya!

-Nie! -Krzyknęła gdy przyjaciółka zniknęła pod taflą wody. -MADISON! NIE!

Drewniana barierka nagle pękła i Freya znalazła się w wodzie. Pędziła teraz prosto ku otchłani. Musiała się czegoś chwycić. Musiała się zatrzymać inaczej zginie. Mijała właśnie jeden z hoteli. Złapała metalową barierkę od balkonu. Nigdy nie miała siły w rękach. Czuła, że dłużej tak nie wytrzyma. Wrzeszczała z przerażenia, a jednocześnie z bezsilności. Jej palce powoli zsuwały się z barierki.

-Nie... Proszę...

Wtedy poczuła jak ktoś chwyta ją za przedramię. Uniosła wzrok ku górze. Dwójka młodych chłopaków właśnie wciągała ją do środka. Upadła na ziemie. Próbowała złapać oddech. Ten szczupły, który miał brązowe włosy i grzywkę zaczesaną na bok podbiegł do niej. Miał na sobie krótkie spodenki i białą bokserkę.

-Wszystko gra? Jesteś ranna?

-N.. Nie. -Udało jej się wypowiedzieć. -Nie jestem ranna.

Usłyszała nagle trzask. Obróciła się. Na balkonie stał otyły chłopak. Wpatrywał się w płynący w prądem bar, na którym jeszcze przed chwilą stała Freya. Barman z dredami gdzieś zniknął.

-Fala się cofa. To oznacza tylko jedno... -Otyły chłopak wszedł do środka. Zaczął pakować rzeczy do plecaka. -Harry! Zabierz najpotrzebniejsze rzeczy. Będziemy musieli uciekać na najwyższy budynek.

-Jak to?

-Przyjdzie kolejna fala. Co jeśli będzie większa?

-Boże...

-Pakuj się!

Ale to nie było zwykłe tsunami. Woda cofnęła się całkiem. Zniknęła i było znów widać w oddali plaże. Freya była w takim szoku, że nim się obejrzała szła już u boku tych dwóch mężczyzn. Mijali zniszczone samochody, budynki, martwych ludzi leżących na ulicach, drzewach. Widzieli garstkę ocalałych, którzy wyszli przed domy i hotele. Ludzi rannych, połamanych i umierających. Ale nie zatrzymywali się. Biegli przed siebie.

-Tam! -Sam wskazał jeden z hoteli. -Mam nadzieje, że będzie dość wysoki.

Freya przewróciła się. Harry podszedł do niej i pomógł jej wstać.

-Będzie dobrze. Już niedaleko. -Podtrzymywał ją.

Wbiegli do hotelu. Wszystko było zniszczone przez falę. Prąd wysiadł więc musieli biec schodami. Mijali rodziny, które schodziły na dół z walizkami. Dokąd chcieli uciec? Czy naprawdę sądzili, że wsiądą teraz w taksówkę i odjadą na lotnisko?

Kiedy dotarli na dach okazało się, że nie tylko oni podjęli taką decyzję. Były tam również dwie rodziny. Najbliżej wejścia stał otyły mężczyzna z siwym wąsem.

-Co tam się dzieje na dole? -Spytał przerażony tak samo jak reszta ludzi na dachu.

-Ludzie uciekają. Nie wiem dokąd. -Sam zamknął za sobą wejście.

-A wy?

-Obawiam się, że może przyjść druga fala. Chcemy być wystarczająco wysoko.

-Myślicie, że to może się powtórzyć? -Spytał przystojny, umięśniony i brodaty mężczyzna, który tulił do siebie swoją żonę.

-Przy tsunami to możliwe. Lepiej będzie jak zostaniemy tu na jakiś czas.

Ludzie powychodzili na ulicę. Pomagali rannym, uciekali, po prostu stali i patrzyli. Nie spodziewali się tego co zaraz miało się wydarzyć. Kolejna fala przyszła nagle. Zalała prawie wszystko. Zaledwie dwa najwyższe hotele lewie wystały znad tafli wody. Zapadła nagle cisza. Nie było już słychać wrzasków o pomoc. Nikt już nie modlił się na głos do boga. Dzieci przestały płakać.

-To chyba koniec świata. -Wyszeptała starsza blondyna o imieniu Lusia. Przytuliła swoją córkę do siebie.

-To dlaczego wciąż żyjemy? -Bob jej mąż wpatrywał się w całą tą scenerię.

-Czy to możliwe, że przyjdzie kolejna fala?

-Możliwe. Lepiej będzie tu zostać do rana.

-Hej! Zobaczcie na tamten budynek! -Luke, wysoki i umięśniony mężczyzna wskazał na hotel obok. Na jego dachu stały trzy postacie. Jedna z nim, która była mężczyzną machała do nich. Odmachał im. -Nie jesteśmy jedyni! Ktoś przeżył!

-My i oni? Nikt więcej? -Zauważyła jego żona Jane.

Freya siedziała na ziemi. Nie patrzyła na nic. Wolała zwiesić swój wzrok na ziemi. Wciąż miała przed oczami swoich przyjaciół, którzy prawdopodobnie utonęli. Słyszała krzyk Madi i czuła jak jej dłoń wyślizguje się z objęć. Zapłakała.

-Wszystko będzie dobrze. -Harry usiadł obok niej. Objął ją ramieniem.

-Oni wszyscy... Moi przyjaciele... Nie żyją... -Płakała jak dziecko.

Reszta patrzyła na nią ze współczuciem.

-Wiem. Przykro mi. Bardzo mi przykro. -Pogłaskał ją po głowie.


Słońce wznosiło się nad horyzont. Woda już całkiem opadła. Ptaki wróciły na ląd, wiał lekki wiatr. Martwi ludzie leżeli na ulicach. Panowała zupełna cisza, tak bardzo niepodobna do tego miejsca. Nie grała już muzyka, nikt nie śmiał się wesoło, dzieci nie bawiły się na placach zabaw. Miasto było martwe. Freya i reszta zeszli z hotelu by spotkać się z trójką innych ocalałych.

-Jestem Frank. To moi znajomi Mia i Flecher.

-Tylko my przeżyliśmy? -Spytał Sam.

-Nie wiem. Na to wygląda. Tylko nasze hotele nie były całkowicie pod wodą.

-Co teraz? -Freya wciąż była zapłakana.

-Myślę, że powinniśmy ruszyć w głąb lądu w razie gdyby tsunami wróciło. -Sam spojrzał w stronę plaży.

-Tak. I po pomoc. -Zgodził się Frank. -Na pewno kogoś tu przyślą.

-Więc ruszajmy. -Bob wziął swoją córkę za rękę. -Nie martw się słonko. Żyjemy i tylko to się liczy.

Freya szła na samym końcu. Harry dotrzymywał jej kroku. Sam rozmawiał o czymś z Luke'em. Dwójka bliźniaków Paul i Patrick mieli może z sześć lat. Trzymali się blisko swojej mamy. Jane była kobietą po trzydziestce, miała piękne rysy twarzy, ciemne, proste włosy związane w kucyka. Zarzuciła na siebie szeroką bluzę męża. Miała dreszcze. Przodem kroczyła Lusia i z mężem Bobem i ich nastoletnia córką Olivią. Wszyscy starali się nawet nie patrzeć na zwłoki leżące na ulicy.

-Kilka przecznic dalej jest apteka. -Wyjaśnił Frank. -Myślę, że możemy ją odwiedzić. Nikt z nas nie jest ranny, ale bandaże, antybiotyki i coś do odkażania może przydać się innym, kiedy ich spotkamy.

-Dobry pomysł. -Zgodził się Flecher.

-A ktoś w ogóle to przeżył oprócz nas? -Sam zerknął na swojego przyjaciela. -Nie wydaje mi się.

Freya kątem oka coś zauważyła. Zatrzymała się i obserwowała leżącą obok martwą kobietę.

-Co jest? -Harry podszedł do niej. -Stało się coś?

-Ja... Myślałam, że... wydawało mi się, że ona się poruszyła. Nie ważne. Chodźmy dalej.


Bohaterowie



FREYA, 27l. 


HARRY, 21l.


SAM, 23l.


LUKE, 42l.


JANE, 40l. 


PAUL i PATRICK,6l.


LUISA, 45l.


OLIVIA, 14l.


BOB, 50l.



FLECHER, 30l.



FRANK, 35l.



MIA, 34l















Zapowiedź

 Opowiadanie inspirowane The Walking Dead i The Last Of Us. 


    Grupa ocalałych po tsunami ludzi próbuje odszukać kogoś żywego i sprowadzić pomoc. Niestety szybko zdają sobie sprawę, że świat nie jest już taki jak przed katastrofą. Martwi ożywają, a w najbliższej okolicy pradopodbnie są jedynymi żywymi. Razem próbują przetrwać za wszelką cenę. Jednak to nie martwi okażą się ich najgorszym zmartwieniem... 

4. FRANK

Do obozu jechali dwa dni. Po drodze dowiedzieli się tylko, że po fali tsunami w Japonii i tutaj wszystko wymknęło się spod kontroli. Martwyc...